Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 33 arrow Felieton
Felieton
Marek Powichrowski
Felieton


Imperialistyczna liczba ∏. Klerykalna grawitacja.

„There's probably no God. Now stop worrying and enjoy your life”. Takie hasło jakiś czas temu pojawiło się na autobusach w Londynie. Akcja była prowadzona przez organizację ateistów brytyjskich pod hasłem dodatkowym „myślenie przekleństwem religii” (hasła jakby żywcem z XIX wieku). Organizacja ta uważa siebie za mającą szczególne predyspozycje umysłowe do oceny zjawisk wszelkich, jako że skupia w swoim gronie osoby z tytułami naukowymi. Zachęcony tym postanowiłem przemyśleć powyższe hasło rozkładając je na czynniki pierwsze.

„There’s probably no God”. „Prawdopodobnie nie ma Boga”. Czyli ma to jakiś związek z prawdopodobieństwem. Autorzy tego hasła wprowadzają domyślne równanie „prawdopodobny” równa się „podobny do prawdy” czyli prawdziwy. Ale ja się pytam z naukowego punktu widzenia: prawdopodobny z jakim prawdopodobieństwem? Stwierdzenie wartości prawdopodobieństwa zjawiska musi być poprzedzone zaplanowanym eksperymentem, związanym z serią testów pozwalających na zbudowanie statystyki, określeniem przedziałów ufności, średniej, wariancji oraz szereg innych parametrów statystycznych dających obraz zjawiska. Zgodnie z teorią błędów pomiaru należałoby przeprowadzić analizę możliwych błędów oddzielając błędy statystyczne od błędów grubych, czyli merytorycznych. Ile przeprowadzono takich prób? Na jakiej populacji? Zgodnie z prawem wielkich liczb dopiero bardzo duża (teoretycznie nieskończona) liczba prób daje prawie równą pewności wartość prawdopodobieństwa występowania jakiegoś zjawiska. Ale całą istotą rachunku prawdopodobieństwa jest testowanie wystąpień zjawiska. Jak można przeprowadzić eksperyment polegający na stwierdzeniu nieistnienia zjawiska? Nie wierzę w to, że profesor Richard Dawkins, który jest jednym z liderów tej akcji, o tym nie wie. Wie o tym doskonale. Walczy z dogmatem religijnym, a sam tworzy nowe dogmaty.

„Now stop worrying”. „Więc przestań się przejmować”. Co ma piernik do wiatraka? Czy to ma znaczyć, że od stwierdzenia, że Boga nie ma, nie będzie już lęków przed utratą pracy, przed utratą osób bliskich, nie będzie niepokoju o przyszłość świata zagrożonego przemocą terrorystyczną, wojnami, totalitaryzmami czy idiotycznymi demokracjami? Nie będzie lęków egzystencjalnych nieobcych nawet tym, którym obce są niepokoje związane ze stanem portfela? Znikną wszystkie życiowe traumy? Mamy tu do czynienia z wnioskowaniem z implikacji. Z logiki wynika, że jeżeli z prawdy wynika fałsz to cała implikacja jest fałszywa. Zakładając, że pierwsze zdanie jest prawdziwe, a drugie jest fałszywe dochodzimy do wniosku, że implikacja jest fałszywa. Szanowne towarzystwo z naukowymi (a może „naukowymi”) tytułami wykazuje braki w wykształceniu. Lub świadomie manipuluje.

„…and enjoy your life”. „I ciesz się życiem”. A ze świadomością, że Bóg istnieje, nie można się cieszyć życiem? Totalna manipulacja. A gdzie całe dzieje cywilizacji spisane na papirusach, księgach drukowanych przez Gutenberga do czasów współczesnych. Zapisane w malarstwie Fra Angelico, w rzeźbach Michała Anioła, brzmiące w harmoniach Bacha, Mozarta. Ukryte w misternej konstrukcji Sagrada Familia. Zachwycające śpiewy prawosławnych chórów. Radosne psalmy śpiewane po hebrajsku, z których tę radość się wyczuwa bez znajomości tego języka. To dowody na zakończone sukcesem eksperymenty doświadczania radosnej obecności Boga w życiu człowieka na przestrzeni dziejów ludzkości. Doświadczenie to pochodzi z różnych cywilizacji, różnych religii, różnych kultur. Jest po prostu uniwersalne. Przeprowadzone na olbrzymiej populacji. Czyli statystycznie wiarygodne.

Historia człowieka niesie ze sobą zmagania z Bogiem, zaprzeczanie jego istnieniu. Są w tej historii postacie tragiczne, jak Friedrich Nietsche i jego pełen rozpaczy krzyk „Bóg umarł!”. Jest dziecięco naiwne wyznanie Jurija Gagarina, który z kosmosu meldował: „Boga nie ma, ja go tu nie widzę”. Ale tę akcję brytyjskich ateistów, z jej pseudonaukowym bełkotem, kwalifikuję jako żałosną. Co ciekawe, nie spotkałem się z krytyczną oceną tej akcji a jedynie z wyrazami, że akcja „ma zachęcić do myślenia”. Akcję próbowano rozszerzyć na inne kraje, ale spotkała się z oporem kierowców autobusów, którzy nie chcieli w niej brać udziału. I słusznie, bo niby dlaczego mają być zmuszani do propagowania idei, których nie akceptują? Nie wszystko da się kupić za pieniądze. Niech stowarzyszenie zamówi T-shirt’y z tym hasłem sobie i swoim bliskim i paraduje w nich dumne ze swych poglądów. Ciekawe ilu z nich by to robiło? Lepiej schować się za czyimiś plecami?

Wspomniałem powyżej profesora Dawkins’a. Mój Boże, przyznaję, czytałem jego książki. Żadnej nie doczytałem do końca. Zmęczyło mnie czytanie długich, zasnutych mgłą słów zdań, z których trudno jest znaleźć olśnienia charakterystyczne dla dzieł wielkich nauczycieli. Nie wytrzymałem długich wywodów, w których odniosłem wrażenie, że sam autor nie pamięta co chciał powiedzieć kilka zdań wcześniej. Narcyza, który zachwyca się sam sobą. Jest dla mnie szamanem nauki. Muszę przyznać, że można ulec jego wpływom, ma umiejętność hipnotycznego przyciągania uwagi. Trzeba sporo wysiłku umysłowego, aby się nie poddać. Dla mnie jest bardziej ideologiem szukającym wyznawców, niż naukowcem poszukującym prawdy.

Ale szamaństwo w nauce nie jest zjawiskiem rzadkim. Alan Sokal, profesor fizyki na New York University, postanowił przeprowadzić pewien eksperyment. Poszedł do biblioteki, wypożyczył szereg książek ludzi o uznanych nazwiskach we współczesnej filozofii i powołując się na nie napisał artykuł o bardzo mądrze brzmiącym tytule „Transgressing the Boundaries: Towards a Transformative Hermeneutics of Quantum Gravity”. Artykuł omawiał filozoficzne aspekty nieistniejącej kwantowej teorii grawitacji. Autor wysłał ją do redakcji pisma „Social Text”. W swoim artykule przypochlebiał się redakcji pisma często używając cytatów z wcześniej publikowanych na ich łamach mętnych szamańskich wywodów. Artykuł został opublikowany bez zastrzeżeń pomimo, że zawierał totalne bzdury wyssane z palca włącznie ze stwierdzeniem, że stała grawitacji G oraz liczba π są zależne od kontekstu historycznego. Po jakimś czasie w innym czasopiśmie autor ujawnił całą swoją mistyfikację, wywołując burzę w środowisku dotkniętych do żywego szamanów, wykazując ich naukowy bełkot.

Wydawać by się mogło, że ta demaskacja głupoty będzie ciosem dla środowiska szamańskiego. Nic z tych rzeczy. Naukowi szamani mają swoich wiernych wyznawców gotowych bronić każdego słowa z kanonu swoich mistrzów. Są oni kapłanami nowej religii, której stanowią centrum. Natomiast demaskatora spotkały wyzwiska w stylu już dawno nawet u nas niesłyszanym: pachołek imperializmu. Zdumiewające. Ale czy dziwne? Nie sądzę.

W czasie strajków studenckich w roku 1981 przebojem był bardzo prosty „generator” przemówień dla sekretarzy partyjnych. Długich przemówień, z których kompletnie nic nie wynikało. Generator miał postać jednej kartki, zawierającej tablicę słów. Zdanie należało budować wybierając kolejne słowa z sąsiednich kolumn, ale z różnych wierszy. Ze zwykłego wzoru na ilość permutacji bez powtórzeń można było uzyskać gigantyczną ilość zdań, które nie będą się powtarzały. Na mównicę wychodził student, wyjmował złożoną kartkę i wygłaszał jakże znajomo brzmiącą mowę, z której nic nie wynikało…

Wydawać by się mogło, że przemówieniom partyjnych genseków daleko do prac o charakterze naukowym. Nic bardziej błędnego. Alan Sokal pokazał, jak należy pisać artykuły szamańskiej nauki, a australijski informatyk Andrew Bulhak w oparciu o to napisał artykuł „On the simulation of postmodernism and mental debility using recursive transition networks”. Był on podstawą do stworzenia programu komputerowego generującego długie, poprawne gramatycznie zdania nie niosące żadnej treści. Używał on modnych na salonach słów oraz generował wiele odnośników do bełkotu uznanych i modnych autorytetów. Efekt był kapitalny. Każda z tych prac mogłaby wywoływać zachwyt wyznawców spragnionych naukowej iluzji. Mogę nawet zaproponować tytuł takiej przykładowej pracy, zupełnie losowo. Na przykład taki: „Konceptualizm kwantowy w ujęciu seksistowkim z elementami walki klas”. Medialny sukces gwarantowany.

Sięgam po książkę Kazimierza Kuratowskiego „Rachunek różniczkowy i całkowy, funkcje jednej zmiennej”, wydanie 7 z roku 1975. Zniszczona od używania w czasie studiów. Pierwsze wydane z roku 1946. Ostatnie – jedenaste, wiem to z Google – z roku 2008. Liczby są tam tylko liczbami, niczym więcej. Kopalnia wiedzy, która wciąż jest jej źródłem. Żadna szamańska książka nigdy tego nie doczeka. Amen.
 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com