Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 30 arrow Felieton
Felieton

Z perspektywy Księżyca

Ani się obejrzeliśmy, a minęło 50 lat ery kosmicznej. Era to może nazbyt pompatyczne określenie i nie powinno się chyba odnosić do lotu Gagarina czy psa Łajki, ale od pierwszego lotu owcy, kaczki i koguta balonem na ogrzewane powietrze wymyślonym przez braci Montgolfier. Bo to jest rzeczywisty moment oderwania się istoty żywej (normalnie pozbawionej umiejętności latania) na dłuższy czas od ziemi, pierwsza próba pokonania siły grawitacji była dokonana już w roku 1783. Tak więc era ta trwa według mojej skali już ponad 200 lat. Jak widać pomysły, aby się posłużyć biedną zwierzyną do eksperymentów z lataniem nie były wcale wymysłem z programów kosmicznych.

Nie mam zamiaru jednak spierać się o to co było początkiem tej ery. Fakt pozostaje faktem. W przeciągu tego czasu z przedszkolaków marzących o podróżach kosmicznych zmieniliśmy się w dorosłych ludzi ze sceptycyzmem odnoszących się do podboju kosmosu. A raczej widzących w tym element wyścigu zbrojeń. Wyścig zbrojeń to „brzydkie słowo”, ale nie jest on bezowocny cywilizacyjnie. Wręcz przeciwnie – przynosi całą masę owoców. Oddychające ubrania, tkaniny będące diodami cieplnymi, globalny system nawigacji GPS, telefonia satelitarna czy eksplozja rozwoju Internetu. I tak zawsze z wyścigiem zbrojeń było – poczynając od zastosowania pierwszy raz na polu bitwy miecza wyrobionego z żelaza (kto pierwszy opanował technologie wytopu żelaza i utwardzania go, ten mógł liczyć na dłuższe biologiczne zaistnienie w historii).

Literatura fantastyczno-naukowa kreowała erę kosmiczną jako świat idealny, w którym ustaną wojny i nastąpi harmonijny rozwój cywilizacji. Wierzyliśmy w to jako dzieci, ale już jako młodzież wiedzieliśmy, że za rozwojem techniki kosmicznej stoją armie, a piloci statków kosmicznych to nie są refleksyjni ludzie pokroju lemowskiego pilota Pirx’a, a raczej oblatywacze superszybkich myśliwców, częstokroć doświadczeni w rzeczywistych konfliktach zbrojnych lub nawet wojnach, a przede wszystkim żołnierze, automatycznie wykonujący swoje zadania. I których obowiązuje tajemnica służby wojskowej.

W przyszłym roku minie 40 lat od lądowania pierwszego człowieka na Księżycu. Pamiętam ten moment dokładnie. Chyba cały cywilizowany świat tkwił wtedy przed ekranami telewizorów. Niezapomniany widok skupionych twarzy inżynierów w centrum lotów kosmicznych w Huston. Spokojnie wykonujących swoje zadania. Żadnej nerwowości. Bez marynarek, ale z krawatami (może stąd wzięła się potem taka moda chodzenia bez marynarki ale „pod krawatem” szczególnie wśród kadry inżynierskiej – kto wie). No i wreszcie ten widok. Niezbyt dobrej jakości, prześwietlony, ale pokazujący sylwetkę Neil’a Armstrong’a schodzącego po drabince z pokładu lądownika LEM na powierzchnię Księżyca. I słynne słowa: „Dla Człowieka to mały krok, a dla ludzkości to ogromy skok”. Podniosły moment w historii ludzkości. To prawie tak jakby oglądać bezpośrednią transmisję z cumowania do brzegu wyspy San Salvador okrętu Santa Maria z Kolumbem na pokładzie.

Ale w ostatnich latach pojawia się coraz więcej wątpliwości czy w ogóle doszło do lądowania człowieka na Księżycu. Powstała nawet specjalna organizacja zbierająca dowody na to, że lądowanie było mistyfikacją. Spekulacje na ten temat odżyły na nowo, gdy okazało się, że zaginął… oryginalny film pokazujący zejście Neil’a Armstrong’a na powierzchnię Księżyca. Archiwiści z NASA nie mogą go odnaleźć. Dziwne. Sceptycy twierdzą, że na filmie widać jak amerykańska flaga powiewa na wietrze, którego nie znajdziesz na pewno nad powierzchnia naszego satelity. Po powrocie na Ziemię, drugi z kosmonautów (a właściwie selenonautów) – Buzz Aldrin – przeszedł załamanie nerwowe. Collins, który w tym czasie okrążał Księżyc (słuchając podobno piosenek country) nie był zainteresowaniem dla mediów.

Mnie natomiast zastanawiają inne nieco pytania. Dlaczego od tamtej pory nikt nie próbował wrócić na Księżyc przez ostatnie 37 lat pomimo, że obecna technika kosmiczna przewyższa o kilka rzędów wielkości tę z końca lat 60? Można się pokusić o obliczenia ile paliwa powinien mieć moduł lądujący LEM, aby dokonać lądowania, nie bezwładnościowego jako to było przy powrocie na Ziemię ale z działaniem przeciwciągu, w kompletnie nieznanym środowisku, gdzie ręczne manewrowanie silnikami musiało wymagać olbrzymiej ilości paliwa. Skoro LEM wylądował na skalistym gruncie to podmuch z silnika powinien zdmuchnąć wszelki pył wokół niego, a Armstrong pozostawił bardzo wyraźne ślady na powierzchni tuż przy wylocie dysz rakietowych. No i jeszcze paliwo musiało wystarczyć na powrót do orbitującego statku macierzystego. A jak tego dokonać na zwykłej antenie radiowej lądownika i komputerem pokładowym o mocy obliczeniowej mniejszej niż obecne średniej klasy PC-ty, nie mówiąc już o niskiej skali zaawansowania jakości oprogramowania sterującego. Patrząc na niewielki kształt lądownika oraz zupełnie znikome zbiorniki z paliwem można mieć co do tego poważne wątpliwości.

Te i inne pytania stawiane są przez sceptyków i nie ma przekonujących odpowiedzi na nie poza banalnym zwrotem: „spiskowa teoria dziejów”. Ale można stawiać takie pytania zważywszy na fakt, że cała historia zdobycia Księżyca rozgrywa się w szczytowym okresie zimnej wojny. Chodziło przecież o prestiż nie tylko całego „wolnego świata”, ale i o poczucie dumy zwykłego amerykańskiego podatnika łożącego na ten program, nie mówiąc już o perspektywie nowych wyborów dla administracji prezydenta Nixona. Amerykanie spodziewali się, że ukrywający w głębokiej tajemnicy swój program kosmiczny ZSRR mógł ich w tym wyprzedzić. Komunizm miałby propagandowy sukces, z którym mógłby łatwiej dotrzeć ze swoją „pokojową misją” do krajów Trzeciego Świata. Ale co najważniejsze mógłby udowodnić, że jest w stanie przenieść głowicę termojądrową w dowolne miejsce na kuli ziemskiej.

Ale mnie nurtuje zasadnicze pytanie. Czy jest to w ogóle możliwe, aby w państwie na wskroś demokratycznym doszło do takiej manipulacji? Bo, że można tego dokonywać na skalę „inżynierii społecznej” w państwach totalitarnych nie budzi to niczyich wątpliwości. Ale w otwartych i wolnych społeczeństwach? Z wolnymi mediami? Na odpowiedź trzeba będzie trochę poczekać. Pewnie w archiwach NASA będzie brakowało coraz więcej dokumentów, a i z drugiej (po-radzieckiej) strony coraz trudniej będzie ustalić jak doszło do tragicznej śmierci Jurija Gagarina. Jest tu wiele pytań, na które nikt nie chce spieszyć z odpowiedzią. Trzeba po prostu polecieć na Księżyc w te same miejsca, na których wylądował LEM oraz zobaczyć czy Łunochod jest w miejscu, który Związek Radziecki podał jako miejsce lądowania swojej bezzałogowej misji na Księżyc i czy lądownik misji Apollo nadal stoi na swoim miejscu. Pewnie jeszcze sporo wody upłynie w rzekach Potomac i Wołga zanim będzie można to stwierdzić. A może znowu pojawią się jakieś okoliczności, które sprawią, że będzie to kolejna sprawa „polityczna”, którą można rozegrać?

Właśnie – „sprawa polityczna”. Ilekroć słyszę ten zwrot tylekroć ogłaszam alarm na wszystkich pokładach i baczniej przysłuchuje się temu przekazowi. Możliwe jest, że usłyszę wówczas kogoś, kto z płomieniem w oczach będzie się starał przekonać mnie, że 2 plus 2 wcale nie równa się 4, lub że Ziemia krąży wokół Księżyca. Poprzedzenie przekazu znakiem rozpoznawczym: „sprawa polityczna” ma być dla odbiorcy sygnałem, aby wyłączył swoją czujność i zdrowy rozsądek, a włączył – i to bardzo głośno – swoje emocje. Im niżej położonej w hierarchii wartości, tym lepiej dla głoszącego przekaz. Najlepiej, gdy jest to poczucie zagrożenia. Wówczas efekt jest (statystycznie, w całej populacji) gwarantowany.

Nie chciałbym, aby lądowanie na Księżycu było sprawą polityczną. Z różnych względów. Jeden to na pewno taki, że nikt nie lubi być oszukiwany. Potęga mediów może być jednak przerażająca. Audycja radiowa Orsona Georga Wellesa nagrana w 1938 roku dla stacji CBS będąca adaptacją „Wojny światów” Herberta Georga Wellsa, jako żywo imitująca transmisję na żywo z lądowania Marsjan na naszej planecie wywołała w New Jersey wielką panikę. Od roku 1969, roku lądowania na Księżycu, dzieli te dwa wydarzenia około 30 lat. To wydarzyło się w obrębie tego samego pokolenia. Jedno było czystą fikcją, a wywołało rzeczywiste społeczne niepokoje, drugie miało wszelkie znamiona rzeczywistości, a zaczyna budzić coraz więcej wątpliwości. I weź tu się człowieku połap, co jest prawdą, a co nie. I to niekoniecznie z perspektywy Księżyca.

Marek Powichrowski

 

 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com