Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 54 arrow Felieton
Felieton

Marek Powichrowski

ξ, zgłoś się!
(dzeta, zgłoś się!)


Czy jest jakakolwiek dziedzina aktywności naukowej, która może być uznana za bezpieczną? Bezpieczną w takim sensie, że naukowiec ją uprawiający może się zamknąć w wieży z kości słoniowej i nie będzie poddany jakimkolwiek naciskom z zewnątrz na wyniki swoich badań? Wydawać by się mogło, że nasilenie zjawiska przemożnego wpływania na naukę było największe w XX wieku, wieku wielkich systemów totalitarnych, które ogarniały swoim zainteresowaniem wszystkie dziedziny aktywności ludzkiej. To jest prawda jedynie co do natężenia zjawiska, bo przecież wpływ Tronu – jako szeroko pojętej władzy - na naukę był zawsze. Ale nie tylko Tronu. Wpływ na nią miały również przeróżne wszelkiej maści koterie naukowe, które straciwszy zęby poznania (lub pilnie strzegąc swoich wpływów) próbowały powstrzymać marsz młodych wilków głodnych poznania i splendorów. Przecież tak było z pitagorejczykami i skrywaną przez nich tajemnicą, że pierwiastek z liczby 2 nie jest liczbą wymierną. Według legendy, Hippazos miał być nawet zamordowany za ujawnienie tej tajemnicy.

Można mieć jednak wrażenie, że o ile w ubiegłym wieku Tron dominował nad naukami humanistycznymi, to jego wpływ na niezależność badań w naukach ścisłych, inżynierskich był znikomy. Co jest oczywiste, ponieważ bombowce musiały latać sprawnie, pociski docierać do celu a szyfry musiałby być szybko łamane. To wymaga rzetelnej wiedzy, a nie ograniczoności komisarzy politycznych. Oczywiste jest, że nauki humanistyczne wymykają się ścisłym definicjom, można nimi manipulować do woli, w celu osiągnięcia konkretnych korzyści politycznych. Niemniej są przykłady, że nie wystarczała jedynie wiedza i umiejętności matematyczno-fizyczne, trzeba było się jeszcze ukorzyć przez Majestatem Tronu, aby móc kontynuować swoje badania w naukach ścisłych. Znam to z własnego doświadczenia, ponieważ w okresie studiów inżynierskich pasjonowała mnie fizyka i matematyka i często korzystałem ze świetnych podręczników pisanych przez naukowców określanych mianem radzieckich. Podręczniki ich autorstwa musiały mieć we wstępie pokłon oddany przewodniej roli Tronu komunistycznego w rozwoju matematyki i fizyki. Niewiarygodne? Bez tego nie ujrzałby światła dziennego. Potwierdzone info.

Zostawmy jednak wiek XX i jego totalitaryzmy na boku. Mamy teraz - teoretycznie - wiek swobody, błyskawicznego przepływu informacji, które momentalnie docierają do krańców naszego świata, wiek braku jakiejkolwiek cenzury. Czyli – znowu teoretycznie – nie powinien istnieć żaden powód do wywierania nacisków na naukowca zajmującego się jakąkolwiek dziedziną naukową. Można bez jakiegokolwiek lęku o swoje i swoich bliskich bezpieczeństwo posiadać wiedzę o dowodach twierdzeń matematycznych. Można – jak najbardziej teoretycznie – lansować dowolną szokującą i kontrowersyjną tezę z dziedziny humanistyki. No, po prostu żyć nie umierać. Istny złoty wiek wiedzy
i poszukiwań. Czy jednak na pewno?

Zaraz, zaraz. Czy aby na pewno nie pomyliłem się pisząc powyżej „Można bez jakiegokolwiek lęku o swoje i swoich bliskich bezpieczeństwo posiadać wiedzę o dowodach twierdzeń matematycznych”? Czy ja czegoś nie pomyliłem? Przecież to jest matematyka, jakież tu może być zagrożenie dla publikującego dowód? Przecież to może być jedynie powód do chwały, powód o otrzymania medalu Fieldsa. Czy tam raczej nie powinno być historyczne lub antropologiczne zamiast matematyczne? Nie, nie ma tam żadnej pomyłki.

Na początek historia z odległych już nieco lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wówczas wśród młodzieży było bardzo popularne pismo Młody Technik. Było skierowane do młodych adeptów techniki i nauki. Pewnego jednak razu redaktorzy umieścili w nim artykuł o… liczbach pierwszych. Numer ten niestety nie ujrzał światła dziennego. Czy tak było naprawdę, czy to tylko legenda? Moim zdaniem jest w tym ziarenko prawdy. Czy ktoś już dostrzegł czające się niebezpieczeństwo?

Ta wiadomość, o której będę teraz pisał przemknęła przez świat jak wystrzelona w nocy przez patrol rozpoznania flara ostrzegawcza. Zaświeciła jasno przez moment, po czym zgasła przytłumiona przez informacje o tym, w jakich majtkach pokazała się piosenkarka Beyonce, jaki nowy tatuaż ma piłkarz Cristino Ronaldo lub że urodziło się prosię z dwiema głowami.

Otóż kilka miesięcy temu (dokładnie 24 września roku 2018) sir Michael Aityah opublikował dowód liczącej prawie 160 lat hipotezy Riemanna. Dowód był bardzo prosty, trwał na konferencji prasowej kilka minut. Wzbudziło to oczywiście nieufność (a może i zazdrość) matematyków ponieważ dowód miał formę dowodu nie wprost. Wiadomość o tym dowodzie pewnie w ogóle by nie wyszła poza krąg forów dyskusyjnych matematyki, gdyby nie był to sir Michael Aityah, laureat Medalu Fieldsa, laureat Nagrody Abela. Obok takich ludzi nie przechodzi się obojętnie w jakiejkolwiek dziedzinie matematyki.

Nie wnikając w sens znaczenia funkcji  Riemanna w tym dowodzie warto się skupić na jej praktycznych zastosowaniach. Otóż może ona być wykorzystana do określania czy dana liczba jest liczbą pierwszą. Phi, i tylko tyle? Tak, tylko nie mówimy tu o liczbach 3, 5 lub 13, ale o gigantycznych, niewyobrażalnie wielkich. Tak dużych, że superkomputerom ich znalezienie zajmuje mnóstwo czasu. Można zapytać komu to jest potrzebne? Liczby pierwsze potrzebne są systemom kryptograficznym. Nie mając takiej funkcji jak funkcja  znajdowanie dowolnych liczb pierwszych zajmowało do tej pory mnóstwo czasu i mocy komputerów. Tak dużo, że mało kogo było stać na złamanie szyfru wykorzystującego liczby pierwsze. Mając pewność, że przy pomocy funkcji  Riemanna można znajdować dowolne liczby pierwsze, można się już pokusić o łamanie dowolnego szyfru opartego o liczby pierwsze ze wsparciem przeciętnej mocy komputerów, ale przede wszystkich w skończenie krótkim czasie.

Co to oznacza w praktyce? Armagedon informacyjny. Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Od przekazywanej elektronicznie korespondencji w sprawach intymnych po położenie atomowych okrętów podwodnych na Pacyfiku oraz o ich korespondencji z naczelnym dowództwem. Wszystkie secret services mogą być odesłane do domu, bo i tak wszyscy wszystko będą wiedzieli o sobie nawzajem. Totalny reset przewagi informacyjnej wielkich nad maluczkimi. Informacyjna apokalipsa. Wracamy do gołębi pocztowych i posłańcach na koniach z listami zapieczętowanymi lakowanymi stemplami.

Czy po tej wspomnianej konferencji satelity zauważyły wzmożony ruch samochodów wjeżdżających do głównych kwater wywiadów wojskowych czy służb specjalnych na całym świecie? Media milczą na ten temat. W mediach ciągle są tylko informacje o tym, w jakich majtkach śpi piłkarz Cristino Ronaldo, w jakim intymnym miejscu na ciele nowy tatuaż zrobiła sobie piosenkarka Beyonce, oraz – co najważniejsze! – jak się ma prosię z dwiema głowami.

Paradoksalnie rzecz ujmując, to sir Michael Aityah publikując dowód hipotezy Riemanna wykupił sobie polisę na życie. Można sobie wyobrazić, że mógłby nieopatrznie ujawnić go po kilku głębszych szkockiej whiskey niewłaściwej osobie, która mogłaby zrobić z tego użytek przeciwko niemu. Zważywszy na znaczenie tego dowodu dla kryptografii, a kryptografii dla resortów siłowych państw - miałby się o co obawiać. Istotna jest w tym wydarzeniu również forma, w jakiej dokonana została prezentacja dowodu. Zwykle trafiają one do redakcji znamienitych wydawnictw naukowych dla matematyków i są nikomu nieznane dopóki świat naukowy ich nie zweryfikuje. Myślę jednak, że w takich redakcjach pracują ludzie służb, którzy nadstawiają ucha co w ważnych sprawach piszczy. Kto oglądał film „Trzy dni kondora” ten wie, o czym mówię. Nie ma sentymentów w Wielkiej Grze o Wszystko. Sam wybór konferencji prasowej, jako miejsca prezentacji dowodu matematycznego jest zupełnie niespotykany. Jest to zastanawiające, bardzo zastanawiające…

Matematycy powinni unikać spożywania alkoholu, to bardzo niebezpieczny dla nich stan nieustalony. Mieliśmy kiedyś słynną polską szkołę matematyków, działającą we Lwowie. Skupiała się wokół genialnego matematyka Stefana Banacha. Jest taka legenda, że twórca cybernetyki, Norbert Wienner wysłał do Banacha swego emisariusza z czekiem, na którym była tylko cyfra jeden i propozycją, aby dopisał tyle zer ile chce, aby tylko pracował dla niego. Banach ponoć odpowiedział, że woli z kolegami matematykami napić się w słynnej (już nieistniejącej) kawiarni „Szkockiej” i odrzucił tę propozycję. Czy pili tam szkocką whiskey? O tym historia milczy. Wokół tych spotkań przy mocnych trunkach narosło wiele legend. Jedną z takich legend była ta, że uczestnicy tych spotkań spisywali matematyczne koncepcje, problemy i dowody na serwetkach, które potem kelner skrupulatnie przepisywał do zeszytu przechowywanego w kawiarni. Legendarny zeszyt został uratowany z pożogi wojennej, ale podobno część zapisków na serwetkach znikła bezpowrotnie. Wszyscy mieli pewnie mocno w czubie podczas ich spisywania, kto by się tam przejmował w takim momencie jakimiś dowodami matematycznymi pisanymi na nietrwałych serwetkach.

Zaraz, zaraz. Kelner był zawsze trzeźwy.
Nie, no żartowałem!
 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com