Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 52 arrow Felieton
Felieton

Marek Powichrowski

Głupota

Kto przynajmniej raz nie doświadczył tego zjawiska na sobie to właściwie może sobie darować czytanie dalej. I tak do niego treść tu zawarta nie dotrze. Myślę, że jedynie noworodki mogłyby mieć o sobie takie dobre mniemanie. Zostawmy jednak niewinne noworodki i skupmy się na tym fascynującym zjawisku, które dotyka nas wszystkich w mniejszym lub większym stopniu. Od profesorów po wioskowych lub – w większym populacyjnym natężeniu – miejskich głupków.

Nie będę się jednak skupiał na indywidualnych, subiektywnych przypadkach, kiedy to odcina nam w umyśle prąd lub nastąpi nieoczekiwane zwarcie w neuronach skutkujące właśnie głupimi przypadkami. Każdy taki przypadek ze swej natury jest unikatowy, osobniczy i nie poddaje się szerszej perspektywie po-zwalającej go ująć w jakieś ramy. Nie poddaje się badaniom naukowym również z innego względu. Zwykle takie przypadki każdy z nas chowa głęboko w zawstydzającym ukryciu.


O wiele bardziej interesujące jest zjawisko strukturalnej, wielkoskalowej głupoty, któremu też możemy ulegać w mniejszym lub większym natężeniu. Ale tym razem jest to zjawisko powtarzalne i pozbawione cech osobniczych. Poddaje się naukowym badaniom, ponieważ ma charakter deterministyczny, jest powtarzalne od wieków. Napisałem twardy kwantyfikator „poddaje się”, chociaż powinien być bardziej miękki: „może się poddawać”. W tym pierwszym – bardziej zdecydowanym kwantyfikatorze – utrudnieniem może być postawa pod żartobliwym tytułem zaczerpniętym ze znanej każdemu reklamy „a łyżka na to: niemożliwe!”. Jeżeli komuś to nie wystarcza i potrzebuje ładniejszej formy określającej takie postawy broniące się przed uznaniem swego udziału w strukturalnej głupocie to proszę bardzo: „przekonania są największym wrogiem prawdy”. Teraz lepiej?


Strukturalna głupota ma u mnie wiele określeń: Syndrom Troi, Efekt Calhoun’a oraz ogólna teoria, że „jakoś to będzie”. Pierwsze określenie nie budzi wątpliwości (pisałem o tym). Drugie też opisywałem w swoich felietonach, to doświadczalnie udowodniona wizja upadku społeczności pozbawionej jakich-kolwiek zagrożeń. Ostatnie jest poglądowym i popularnym podsumowaniem wszystkich poprzednich przypadków  razem wziętych. Wszystkie wymienione mają wspólne cechy, dominuje w nich postawa sceptyczna powtarzająca, że przecież to co może być najgorszym przypadkiem jest po prostu „niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe…”. Ale sednem sprawy jest tu pragnienie takiego fajnego, choćby nawet pozornego bezpieczeństwa. Jak na kiczowatym obrazku: zachód Słońca, jeleń u wodopoju (ostatecznie może być stado smukłych sarenek), soczysta zieleń, czysta woda, rumiane dziewczę z koszyczkiem pełnych rajskich jabłek. Ogólnie cisza i błogi spokój. Będzie dobrze.


Inspiracją do tego felietonu była przypadkowo odnaleziona w Internecie reklama czegoś, co nazywa się fake phone, czyli nieprawdziwy telefon. To nie jest żadne oszustwo. Reklama mówi jasno, że ten telefon nigdzie nie zadzwoni ani nikt nie zadzwoni do właściciela tego aparatu. Ciekawostka – kosztuje on tyle samo, co zwykły telefon. I rzecz najważniejsza: towar się sprzedaje! Głupcy to kupują. Są tak uzależnieni od normalnego telefonu, że kupują ten nie-telefon jak alkoholik pozwalający sobie wszyć esperal w pewną część ciała w nadziei, że uda im się wyrwać z tego uzależnienia. Jak im ten fake phone pomaga wyjść z tego uzależnienia to nie jestem w stanie pojąć. Pewnie popadają w uzależnienie od niego i za chwilę na rynku pojawi się anti fake phone, jako antidotum na poprzednie uzależnienie. Można powiedzieć, że to wspaniały, stabilny klient. Jak mawiał Mark Twain, współczesny przemysł produkuje człowieka do gumy do żucia, a nie gumę do żucia dla człowieka.


Tak się złożyło, że w krótkim czasie trafiła do mnie kolejna reklama, znowu telefonów komórkowych. Tym razem był to produkt dla innej docelowej grupy głupców. Otóż była to reklama pod hasłem I’m rich!, czyli „Ludzie, ludzie, jestem bogaty!”. Taki telefon kosztuje 999$. Ma oczywiście stosowny emblemat. Może ma nawet w pudełku stosowny certyfikat potwierdzający, albo fakturę wydrukowaną złotą czcionką na egipskim papirusie (i kolejny stosowny certyfikat potwierdzający próbę złota w załączeniu). Koszty produkcji takiego papierka są znikome, więc interes jak najbardziej będzie się kręcił. Co prawda z jednej strony to „kto bogatemu zabroni?”, ale z drugiej strony to „po co przepłacać?”. I to prawie aż o trzy rzędy wielkości. Nieodgadnione są meandry ludzkiej głupoty. Oba powyższe przypadki można zaklasyfikować do Efektu Calhoun’a, pojawiającego się w społeczeństwach dostatnich, nie mających poważniejszych zagrożeń.


No i wreszcie czas na coś ze współczesnego z Syndromu Troi. Każdy użytkownik systemu komputerowego wie, że aby się dostać do zasobów nawet domowego PC-ta trzeba mieć login i hasło. W poważniejszych systemach są dużo bardziej poważne zabezpieczenia. Przez cały czas ery komputerów osobistych – a już szczególnie w dobie powszechności Internetu – co jakiś czas zdarzały się sytuacje, kiedy  ktoś miał wrażenie, że „ktoś coś wie” o czym absolutnie nie powinien wiedzieć. Nasuwało się nieodparte przekonanie, że z komputerów, pomimo szeregu zabezpieczeń, wyciekają informacje. Ludzie od bezpieczeństwa systemów komputerowych wypracowywali więc latami metody zabezpieczeń i polityki tworzenia haseł, tak aby nie były one łatwe do złamania nawet w przeciągu roku,  nawet na dużej liczbie zaangażowanych komputerów. Wprowadzali dużą częstotliwość ich zmian w czasie. Tworzyli hierarchiczny system zabezpieczeń dostępów do zasobów i takie tam inne głupoty. Ale cały czas ktoś dochodził do przekonania, że „ktoś, coś wie” oraz że w miejsce Spiskowej Teorii Dziejów należy użyć Jedynie Słusznej Spiskowej Praktyki Dziejów. Na szczęście dla ludzkości, zawsze znajdzie się kilku śmiałków, dla których Tylko Prawda Jest Ciekawa. Nie boją się oni stygmatyzowania oszołomami i robią ważną, chociaż bardzo niebezpieczną dla siebie i swoich bliskich pracę. Aż tak bardzo? Tak, dlatego, że stają do walki oko w oko z gigantami.


Ale do rzeczy. Otóż przez całe dekady ery komputerów trwa rywalizacja producentów procesorów o to, który z nich jest najszybszy. Wiadomo, taki wygrywa spory udział w torcie do podziału. Przez lata rządził tu niepodzielnie Intel. Wiele lat temu inżynierowie tej firmy wpadli na bardzo intrygujący pomysł. Do procesora płynie strumień poleceń, a może by tak spróbować przewidywać, jakie będą następne instrukcje? Przyśpieszy to znacznie działanie procesora. Firma ogłosiła to jako spektakularny sukces. Stan ten trwał latami. Aż znalazło się kilku śmiałków rodem z westernów (co prawda było ich mniej niż siedmiu) i zaczęli analizować, co procesor robi z tym strumieniem. No i odkryli rzecz zatrważającą. Otóż faktycznie procesor przyspieszył, ale kosztem tego, że przestał sprawdzać zabezpieczenia dostępu do pamięci. W wyniku czego można było wprowadzić do każ-de-go komputera kod, który mógł wnikać do wszystkich jego zasobów. Oczywiście mogli to robić tylko ci, którzy o takiej otwartej furtce na zapleczu twierdzy wiedzieli.


No i jak się wam wydaje? Czy nasi bohaterowie z westernu mogli z tą informacją spać spokojnie? Wyobrażam sobie, że mieli świadomość zagrożenia własnego życia i bezpieczeństwa najbliższych, ale opublikowali jednak tę informację. Nazwali te „dziury” kryptonimami Meltdown i Spectre. W dzień po opublikowaniu tej informacji prezes Intela wyprzedał swoje udziały w firmie (to nie żart!). Zawrzało. Przecież to wyglądało dokładnie tak samo jak obejście Muru Chińskiego przez Czyngis-Chana, to było jak obejście Linii Zygfryda przez Hitlera. Spektakularne zwycięstwo. Za tymi bronionymi twierdzami systemów komputerowych była otwarta drewniana furtka, przez którą prawdopodobnie wynoszono latami na ciężarówki tysiące ton ważnych informacji. Oczywiście zainteresowani nie chwalili się tym. Czy mój komputer miał dla nich jakiekolwiek znaczenie? Nie sądzą. Ale komputer w agencji rządowej prowadzącej Ważny Strategiczny Projekt – już jak najbardziej tak.


Zawrzało w świecie IT. Ludzie branży odeszli na kilka godzin od swoich komputerów niczym włókniarki łódzkie od swoich maszyn w pewnym momencie lat 80-tych ubiegłego wieku.


Biorę udział w dużym projekcie IT, w którym pracują sztaby ludzi: analityków biznesu, deweloperów, testerów, analityków rynku itp. Wydawać by się mogło, że nawet mysz się tam nie przeciśnie. Mimo tego, zawsze możliwy jest błąd, który jest jakąś rzadko odwiedzaną ścieżką przeoczoną przez scenariusze testowe. Ale praktycznie nie jest możliwe wypuszczenie produktu i wspieranie go latami, gdy taki błąd tkwi w mechanizmie nazywanym przez nas core’owym, czyli mechanizmem rdzeniowym procesu. Tu nie może być mowy o niedopatrzeniu, a jeżeli coś takiego ma miejsce to jest to świadome i celowe działanie. Nie ma innej opcji. Pokusa zdobycia informacji niejawnych była, jest i będzie przeogromna. Ktoś jej uległ? Ktoś z niej skorzystał? Ktoś z niej korzysta nadal?


Ale przy okazji tego przypadku można sobie postawić pytanie. Czy aby to nie była głupota nas wszystkich? Wszystkich to może nie, ale ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo na pewno tak. Głupota polegająca na uporczywym trzymaniu się przekonania, że to czy tamto jest po prostu „niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe…”.


Sytuacja stała się bardzo niezręczna. Bo wyobraźmy sobie, ze kupujemy za granicą myśliwce, systemy obrony  rakietowej, okręty podwodne, etc. One w czasie manewrów, pokazów i ćwiczeń spisują się rewelacyjnie. Ale gdy dochodzi do konfliktu zbrojnego z państwem, które ma dobre relacje z produ-centem tego sprzętu, to nagle okazuje się, że samoloty nie startują, rakiety wybuchają  w silosach i na wyrzutniach, a okręty podwodne idą na dno. Czy przemądrzała łyżka, której wydaje się, że razem z zupą zjadła wszystkie rozumy nadal będzie uporczywie twierdzić, że to niemożliwe?


Nieważne kto to powiedział. Ale powiedział. „Są dwie rzeczy nieskończone: Wszechświat i ludzka głupota”.


Ale kto by się takimi głupotami przejmował…

 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com