Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 50 arrow Felieton
Felieton

Marek Powichrowski

Eliptyczna gorączka złota

Czy biorąc do ręki banknot lub monetę zastanawialiśmy się, co to jest takiego pieniądz? Idę o zakład, że nikt nie pomyślał o nim, jako o pewnej… umowie społecznej. Z tą umową społeczną to może na wyrost, bo de facto mówiąc językiem zbliżonym do czasów antycznych jest to nic innego jak przymus hegemona wobec poddanych. No bo przecież nie każdy miał prawo do bicia monety i nie każdy ma prawo do drukowania banknotów. A nawet więcej, każdy, kto naruszy prawo hegemona do wyłączności w tej materii może się spotkać z bardzo surowymi konsekwencjami.

Ale że jest to tylko umowa, która po upadku hegemona nie ma najmniejszego znaczenia przekonujemy się, gdy widzimy stuzłotowego „czerwonaka” z PRL-u, który obecnie może mieć wyłącznie wartość dla sentymentalnych numizmatyków. Gdybyśmy z takim banknotem poszli do kasy w hipermarkecie chcąc nim zapłacić to pewne jest, że zainteresowałaby się nami ochrona i moglibyśmy mieć publiczne nieprzyjemności.

To czy ktoś jest hegemonem czy nim nie jest też kwestią umowy. W jednym przypadku wystarczy, aby na kartach papieru w ponad połowie przypadków był postawiony krzyżyk przy pretendencie do hegemonii, a w innym przypadku pretendent na to stanowisko nie pyta nikogo o zdanie tylko bierze siłą wszystko. Z całą pewnością obaj będą drukować umowy, czyli pieniądze. I dopóki będą uważani za hegemonów to te kolorowo drukowane papierki czy metalowe blaszki z wybitymi na niej napisami, liczbami, podobiznami ważniaków będą miały wartość. No i oczywiście będą miały wartość, jeżeli da się je wymienić na to, czego człowiek potrzebuje: zdrowia, bezpieczeństwa, środków do życia i czego tam jeszcze można sobie wyobrazić.

Hegemonem nie jest się na wieki. To rzecz pewna, uczy nas tego historia. Stąd też niepewność, co do tego, czy za te papierki lub za te okrągłe kawałki półszlachetnego metalu będzie można coś, kiedyś w przyszłości kupić. Współczesne metody obrotu walorami finansowymi, które są tak bardzo dla nas wygodne powinny właściwie przyprawiać nas o nerwicę. Bo co to znaczy, że ja przykładając kawałek plastiku z magnetycznym paskiem w środku, do jakiegoś urządzenia z cewką odczytującą ten kod w sklepie i mając na dysku systemu komputerowego banku zapis o wartości większej od kosztu bułki z masłem mogę ją kupić. Przecież ani ja, ani kasjerka ani sklep tych pieniędzy na oczy nie widzieliśmy. A jeżeli nagle wielki wybuch na Słońcu wyłączy wszystkie elektrownie na całym świecie? To co się stanie z moimi walorami finansowymi? Po takim wybuchu to co ja mogę zrobić z tym plastikowym kartonikiem, kaczki na wodzie nawet tym nie puszczę. Uświadomienie sobie kruchości tej umowy może doprowadzić człowieka do depresji.

Rozterki, które tu prezentuję i ta niepewność, co do tego czy jutro to wszystko nie gruchnie z hukiem przez wieki prowadziło ludzi do przekonania, że warto mieć coś, co ma walor trwałości i nie jest zależne od kaprysów hegemona(ów). Te rozterki doprowadziły Kopernika do przekonania, że pieniądz gorszy (bity przez hegemona) wypiera z wymiany „pieniądz” lepszy, który jest odkładany do skarpety w postaci sztabek złota lub srebra. Pieniądzem też może być zboże zgromadzone w spichlerzu. To jest konkret. Tym się nie obraca na co dzień. To ma być na czarną godzinę. Ale co z tego. Spichlerz ze zbożem jest doskonale widoczny dla poborcy podatkowego, a złoto może zostać skradzione. Idealnie byłoby mieć takie „cóś”, co może mieć wartość umowną i jest niewidoczne dla banków, poborców podatkowych czy złodziei.

Takie marzenia doprowadziły do powstania kryptowalut funkcjonujących kom-pletnie poza zasięgiem hegemona. Ich powstanie jest związane z rozwojem technologii internetowych i swobodnej wymiany informacji. A w tym szczególnie informacji zaszyfrowanej, bardzo trudno dostępnej – praktycznie niemożliwej od odczytania – dla postronnego obserwatora. Najpopularniejszą obecnie krypto-walutą jest bitcoin. Czyli bitowa moneta. To taki znak czasu, że pojawił się nowy pretendent do bycia hegemonem, czyli klasa specjalistów doskonale rozumiejąca nowoczesne technologie oraz nowoczesną matematykę i mająca pomysły na algorytmy wiążące to wszystko w jeden spójny, logiczny projekt open source. Czyli innymi słowy, każdy specjalista może zweryfikować kod i stwierdzić, jakie reguły zostały w nim zapisane.

I tu zaczyna się rzecz prawie jak na Dzikim Zachodzie ogarniętym gorączką złota. Ale tu nie ma złota wcale, tu jest wyścig obliczeniowych zbrojeń. Bo istotą zjawiska jest kopanie tych bitcoin-ów. Kopanie polega na… rozwiązaniu równania 3 stopnia będącego fundamentem algorytmu kryptograficzngo. To są funkcje eliptyczne.. Phi, to przecież banalne, mógłby powiedzieć ktoś, kto nie zna zawiłości tego problemu. O zawiłości tego problemu niech świadczy fakt, że są państwa, które powołują całe agencje rządowe, wyposażone w rzesze komputerów zasilanych dużą mocą, których zadaniem jest złamanie takiego zakodowanego ciągu. Osiąga się to poprzez tak zwaną brute force, czyli przeliczanie wszystkich możliwych kombinacji rozwiązań. Złamanie tego szyfru jest równoznaczne z wykopaniem złotego samorodka, jak gdzieś kiedyś w potoku spływającym ze zboczy Skalistych Gór. Pomysł jest tak absurdalny, że aż wierzyć się nie chce. Za każde złamanie takiego szyfru dostaje się od systemu 25 bitcoin-ów. Aby było jeszcze ciekawiej to wszystko rozgrywa się – per analogiam do żyły złota – na poletku, na którym jest skończona ich ilość (coś około 21 milionów). System jest na tyle perfidny, że utrudnia wykopywanie, gdy stwierdzi, że w sieci pracuje za dużo górników. Mało tego, między górnikami nie może być porozumienia przekraczającego ponad połowę ruchu w sieci systemu. Uff.

I tu się pojawia kolejny element w tej układance z bogactwem przetrzymywanym w skarpecie, silosie ze zbożem czy z portfelem bitcoin-ów na dysku komputera. Jest to zakład. Zakładamy, że koszt zakupu komputerów do takiej - rządowej lub prywatnej - agencji obliczeniowej, koszty osobowe, koszty poboru mocy energetycznej zwrócą się w przyszłości, jeżeli wykopie się odpowiednią ilość bitcoin-ów. Tak jak zakłada się, że złoto będzie zawsze w cenie, a zboże w silosie na wiosnę będzie miało odpowiednio wysoką cenę. Bo wyobraźmy sobie taką sytuację, że bitcoin zdominował świat. Pomysł z bitcoin-em jest tak szalony, że… może się udać. Przecież za pojęciem pieniądza jest nie tylko umowa, zakład o przyszłość, ale i konkretna możliwość, niezwykle silne emocje, władza.

Więc wyobraźmy sobie, że wykopane zostały wszystkie bitcoin-y i od tej pory zaczyna się życie z prowizji od transakcji nimi. Znawcy przywidują, ze może się to stać nawet za rok. Jeżeli sobie teraz wyobrazimy całe wszechświaty dotychczasowego bogactwa krążącego w obrocie na świecie i jeżeli sobie wyobrazimy, że zostanie ono pokryte „jedynie” 21 milionami bitcoin-ów to dotrze do nas świadomość, że za jednego bitcoin-a będzie można kupić sobie całkiem duże państwo z całym jego rocznym budżetem, wszystkimi nieruchomościami oraz wielką rzeszą jego niewolników - przepraszam – obywateli. I będzie można zostać w nim… hegemonem. Ale tym razem blokującym wbicie jakiejkolwiek monety, pilnującym, aby bitcoin był jedyną walutą. Historia zatoczyłaby wielkie koło.

Opłaca się kopać teraz póki jest jeszcze coś do wykopania? A kto to wie. Górnicy święcie wierzą, że warto.

 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com