Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 49 arrow Felieton
Felieton

Marek Powichrowski

Koń jaki jest

Troja. Każdy, nawet średnio wykształcony człowiek kojarzy takie słowo, przynajmniej obiło mu się o uszy. Idę jednak o zakład, że znikomy procent populacji wie coś więcej na temat. O wiele lepiej już byłoby z kojarzeniem pojęcia konia trojańskiego. A to głównie za przyczyną całej klasy wirusów komputerowych znanych nawet pacholętom przed podstawówką. Zasada ich budowy jest prosta. Podczepiają się do budzących zaufanie programów komputerowych i sieją spustoszenie w naszych komputerach. Właśnie. I to zaufanie, a nawet dziecięca wręcz naiwność jest osnową wszystkiego złego, co wiąże się z zagładą Troi.

Czy pisanie o Troi ma dziś sens? Ależ oczywiście. I to z powodu wielu aspektów. Jednym z nich jest przecież aspekt inżynierskiej, świetnej roboty. Innym aspektem jest genialne myślenie strategiczne. Przykład współpracy inżynierów i strategów wojennych. Chodzi oczywiście o współpracę przy stworzeniu wspomnianego wyżej konia trojańskiego. Zakładamy rzecz jasna, że ten koń nie jest wymysłem, a był realny skoro pozostał uwieczniony w przekazach Homera. Coś więc musiało być na rzeczy.

Wyobraźmy sobie tę Troję ponad dwadzieścia wieków temu, w czasie słynnej wojny o piękną Helenę. Sytuacja na wojnie była klasycznym patem. Bogowie sprzyjali raz jednym, raz drugim. Oblężenie trwało i trwało i koń(ca) nie było widać. Tęsknica za domem, kobietą, dziećmi. Tęsknica za dobrym serem feta z jogurtem typu greckiego z oliwkami była coraz bardziej dojmująca. Trzeba było coś wymyślić, aby dumnie wrócić do domu z tarczą. Kto i jak wpadł na ten pomysł z koniem na wieki pozostanie tajemnicą, nawet Homer milczy dyskretnie w szczegółach.

No dobrze, puśćmy wodze fantazji. A było to tak. Któryś z greckich wojowników przy wieczornym ognisku, grzejąc zziębnięte kości rzucił pomysł: a może zbudujmy konia z drewna? Znużeni przeciągającą się wojną kompani gwałtownie zwrócili wzrok ku pomysłodawcy z grymasem twarzy mówiącym: zwariowałeś, porąbało cię? Ale pomysłodawca nie rezygnował: zbudujmy konia, w którym umieścimy oddział wojska. Część powątpiewających zmieniła wyraz twarzy na zainteresowanie: mów dalej. Pomysłodawca jak natchniony ciągnął dalej:

Udamy, że wycofujemy się, rezygnujemy z wojny, odpuszczamy, lecz damy im w podarunku tego konia, jako znak naszych pokojowych zamiarów. Udamy się do Troi  z misją pokojową, ozdobieni w białe szaty z wieńcami  z gałązek oliwnych na głowach. Zamiast mieczy w naszych rękach będą instrumentu muzyczne robiące dużo zgiełku. Z pieśnią love, love, love na ustach, ze szczerymi uśmiechami przyjaźni, miłości i rock’n’rolla w sercu. Przyda się woń jakichś ziół odurzających. Przyciągniemy konia pod samą bramę miasta. Resztę oni zrobią sami z ciekawości. Gdy już zasną znużeni emocjami takiego, wydawałoby się pomyślnie zakończonego dla nich dnia oraz końca długiej wojny, wtedy nasi wojownicy wyjdą po cichu z wnętrza tego konia, zabiją straże, otworzą wrota do miasta, a reszta pójdzie już jak z płatka. Powiadam wam mężni Grecy, wiele, wiele wieków później Ramon Gomez de la Serna powie o takich jak my: „Kto pierwszy zastosował bębny na polu walki, ten wygrał wojnę”.

No dobrze, idea ideą, ale trzeba ją wdrożyć w życie. Każdy, kto choć raz zrobił sam szafkę kuchenną, powinien w tym momencie pochylić czoła przed konstruktorami owego konia. To-to musiało się trzymać stabilnie na drodze, miało przewieźć oddział zbrojnych, którzy byli chłopami na schwał. Musiało też mieć jako taki design, aby przyciągać wzrok. Na wyboistej drodze dojazdowej do miasta nie mogło się rozlecieć, bo na wieki symbol konia trojańskiego byłby symbolem głupoty, a nie sprytu. Bo przecież dróg asfaltowych nie ma. Na najprostszą maszynę parową trzeba poczekać jeszcze prawie dwa tysiące lat. Koło już co prawda było wynalezione, ale co z tego skoro o kauczuku i oponach   z niego nikt nawet jeszcze nie śnił. Jedyne, co można było zastosować, to lusterka wsteczne (piękna Helena przecież musiała w czymś znajdować potwierdzenie swojej urody). Te jednak w tym przypadku nie były potrzebne, skoro nie mogło być mowy, aby się z tym koniem wycofywać. Trzeba go było przeciągnąć przez nieutwardzone drogi, na kołach z drewna, które zapadały się w piach.

Drogi czytelniku, spróbuj z kilkoma kolegami zrobić coś takiego bez gwoździ, śrub metalowych, bez dobrego kleju do drewna, bez poziomicy, której nikt przecież nie zabiera na wojnę. Jak to zrobić, kiedy w czasach pięknej Heleny nikt nie wiedział, że można utworzyć wojska inżynieryjne. O, gdyby tacy wtedy byli to sprawy poszłyby zdecydowanie łatwiej. Tęsknota za wiernie czekającymi kobietami oraz serem feta musiała być duża, skoro zmobilizowała ich do takiego wysiłku zakończonego sukcesem, który na wieki przeszedł do historii.

Mamy już jedną scenę opisaną. Warto tu zatrzymać się na chwilę refleksji. Sukces musiał mieć wiele składowych. Dobra robota inżynierska, świetna znajomość psychologii, element zaskoczenia, brak zdrajców we własnych szeregach, przekonywujący, łagodni emisariusze, dobre wino, zioła lekko odurzające. Gdyby któryś z tych elementów zawiódł to cały plan skończyłby się kupą śmiechu.

A jak się rzecz mogła dziać za murami Troi po odejściu posłów greckich zapowiadających darmową dostawę konia? Posłowie greccy pewno nie mogli być gołosłowni. Koń musiał być widoczny z murów miasta. Musiał budzić zainteresowanie i podziw. Już to widzę jak dzieci trojańskie biegają wokół swoich ojców i proszą: tato, tato, wpuśćmy tego konia do miasta, proszę, zgodzisz się, tak?. Kobiety trojańskie patrząc na swoich mężów z grymasem na twarzach mogły powiedzieć: wy oczywiście takiego konia nie potrafilibyście zrobić. Ruszyły procesy emocji. Wyłączone zostało ostre widzenie. Co z tego, że Kasandra biega po murach i nawołuje do opamiętania, ostrzega, błaga, prosi, płacze. Wszyscy omijają ją szerokim łukiem rysując kółko na głowie. Ona jedna wie, że za chwilę to wszystko, co było jej światem runie w gruzach. Nikt jej nie słucha.

Ta historia będzie się w różnych odsłonach powtarzać przez wieki. Ona na stałe jest wbudowana w nasze głowy. Nasza dziecięca naiwność, nasza ciekowość, co jest za tym rogiem popycha nas na krawędź zagłady. Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że ta historia zaczęła się od Troi i od drewnianego konia w jej murach. Nic bardziej błędnego. Pierwowzorem konia trojańskiego był… wąż w Raju. To jest dokładnie ten sam schemat ciekawości proszącej się o grecką tragedię w jednym akcie.

Dlatego ilekroć rozmawiam o nauczaniu historii, to burzę się przeciwko nauczaniu jej w stylu pewnego razu, pewien król, na pewną wojnę. Zamiast tego proponowałbym nieustanną zabawę intelektualną w stylu: pokaż mi konia trojańskiego w …. i on tam na pewno będzie. Trzeba mieć tylko szeroko oczy otwarte.

Trzeba mieć je otwarte stale. A szczególnie tam gdzie coś bardzo łatwo przychodzi, co znakomicie ułatwia życie. Co prawie nic nie kosztuje. Bo to, że „Grecy” cały czasu udają Greków to jest oczywiste. Przykład z ostatniego czasu to duża awaria sieci komputerowej w USA, której przyczyną były… urządzenia domowe typu pralka, lodówka, czajnik. Miały tylko jedną wspólną cechę. Były podłączone do sieci internetowej. Miały swój adres IP i… zero zabezpieczeń. Na rozkaz z tajemniczego centrum dowodzenia uderzyły w sieć powodując jej rozległa awarię. Kto by przecież nadawał silne, trudne do zapamiętania hasło do czajnika, ekspresu do kawy czy lodówki. Przecież wokoło są sami przyjaciele, prawda?

Tymczasem one stały i aż się prosiły o swego genialnego stratega, który wykorzysta je do ataku. Jak może wyglądać następny atak? Na przykład tak, że kupione po bardzo atrakcyjnej cenie czajniki z gwizdkiem, które można sterować na odległość z telefonu komórkowego, nagle bez widocznej przyczyny, w całym kraju, na jeden sygnał, włączą się w czasie, gdy wszyscy są w pracy. Włączą się
i nie wyłączą, gdy woda już całkowicie wyparuje. Spowodują sieć pożarów o olbrzymiej skali. Sparaliżują sieć łączności. Wprowadzą kolejnego konia trojańskiego do miasta, któremu wstrzyknięto uśmierzającą świadomość truciznę naiwności…

Homer pozostawił po Troi epicką historię sławiącą bohaterów. Bohaterowie różnych wojen byli opiewani pieśniami. Od Pieśni o Rolandzie po powstańców warszawskich. Od patetycznego Marszu Mokotowa po Pałacyk Michla, który sprawia wrażenie, że nie chodzi o walkę na życie lub śmierć, a o zwykły mecz z Niemcami w piłkę. I to jest zrozumiałe. Bohaterom cześć i chwała. Ale jak w tym szeregu opisać tę wojenną sytuację ze zwykłą lodówką, pralką, żelazkiem, czajnikiem?

Że niby, co? Że zwykły czajnik z gwizdkiem poszedł na wojnę?

 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com