Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 48 arrow Felieton
Felieton

Marek Powichrowski

Dekubertynizacja


Nie znajdziecie tego słowa w Google. Nie ma go tam jeszcze z bardzo prostej przyczyny. Wymyśliłem to słowo. Ono dojrzewało we mnie dosyć długo. Aż zaistniał moment, który spowodował, że zawołało ono o swoje wypowiedzenie.

Jak łatwo domyślić się, słowo to jest przeciwieństwem kubertynizacji. Tego słowa też nie ma jeszcze w Google, ponieważ jako opozycja do powyższego słowa też nie istniało wcześniej w przestrzeni publicznej. Co nie znaczy wcale, że wymyśliłem słowa, a nie istnieją zjawiska, które można tym słowami opisać. Istnieją oczywiście, stykamy się z tym co jakiś czas, nawet dość często. Oba słowa, jak łatwo się domyślić, opisują kompletnie przeciwstawne procesy.

Można postawić pytanie, dlaczego nie wymyśliłem najpierw słowa kubertynizacja, a dopiero potem nie utworzyłem do niego przeciw-stawnego słowa z przedrostkiem de-. Z prostego powodu. Z dekubertynizacją spotykamy się nagminnie, media wręcz zasypują nas kolejnymi przypadkami idealnie wpisującymi się w sens tego słowa. Kubertynizacja jest procesem rzadkim, pojawiającym się sporadycznie i czasami nie mającym szans na wzrost, jak mała roślinka na ruchliwej ścieżce. Można to też porównać do sytuacji, że mało kto interesuje się jak latami i po cichu wzrasta las, ale wszyscy natychmiast zostaną postawieni do pionu, gdy ten las zacznie płonąć.

Tytułowe słowo miałem – jak się to potocznie mówi – „z tyłu głowy” od dawna. Zmaterializowało się podczas oglądania transmisji z… ostatniej Olimpiady. Olimpiady, tej w Rio? Tak. Czas na odsłonę pochodzenia tego słowa. Zacznę od kubertynizacji. Pochodzi ono od nazwiska Pierre de Coubertin, czyli twórcy nowożytnej idei olimpijskiej. Kubertynizacja to zatem proces, gdy ktoś tworzy ideę, która ma szczytne cele. Szczytne idee,  które na początkowym etapie swego zaistnienia funkcjonują w niewielkim kręgu. Bo przecież czas de Coubertin’a to koniec XIX wieku, czyli jest to czas, w którym funkcjonowały „wyższe sfery”. Ludzie cokolwiek oderwani od rzeczywistości swego czasu. Pozbawieni trosk życia codziennego, takie - można powiedzieć - pięknoduchy. W tym czasie przeciętny mieszkaniec Europy raczej myślał jak związać koniec z końcem. Czy jako górnik na północy Francji, czy jako ubogi chłop w podzielonej przez zaborców Polsce. Czy jeden i drugi mieli czas na to, aby zajmować się „ideami olimpijskimi”? Nie sądzę. Zawracanie głowy ideami pokoju zamiast wojny, gdy w tym czasie z każdej rodziny brano „w kamasze” młodych chłopców na kolejne wojny o następujący po nich względny pokój. No i rzecz najważniejsza, której bym zapomniał. Nie było wszechobecnej TV, która to wszystko ładnie opakowuje w kolorowy papier reklamowy. Bez tego nie byłoby fenomenu sportu.

Ale Coubertin i grono jemu podobnych jednak się uparło i postanowili przeprowadzić do końca proces kubertynizacji nowożytnej idei olimpijskiej. W roku 1896 odbyła się pierwsza nowożytna olimpiada, oczywiście w Grecji, w Atenach. Po śmierci zaś Coubertina serce jego, zgodnie z jego wolą spoczęło w Grecji. Jego idea, jego wola. Panie świeć nad jego duszą.

Musiał jednak przeżyć przed śmiercią olimpiadę w roku 1936 w Berlinie, która  i owszem wielbiła kult zdrowego ciała i zdrowego w nim ducha, ale co z tego, skoro jedynie w aryjskim ciele. Niestety, podejrzewam, że proces dekubertynizacji nie rozpoczął się w roku 1936, ale już na pierwszych igrzyskach olimpijskich nowej ery, w Atenach w roku 1896. Pewnie ważne jednak było, kto, na jakim miejscu i dlaczego to nie ja.

Przejrzałem z obowiązku Kartę Olimpijską i potwierdziłem fakt, którego się spodziewałem. Jest to statut organizacji, która zgodnie z prawem Parkinsona od pewnej wielkości żyje sama dla siebie. Naczelne zasady olimpizmu z czasów Coubertina stanowią tam zaledwie kilka zdań. Zdecydowana większość to statut przedsiębiorstwa, w którym istotne są szczegóły, w których tonie bul-bul cała idea. Mój Boże, i na to olimpijczycy składają przysięgę. Chyba nigdy tego nie czytali.

Ale zostawmy sobie samemu ten statut. Weźmy z idei olimpijskiej kilka sloganów: „nie zwycięstwo, lecz udział” oraz „sport to zdrowie”, „zasady równej rywalizacji”. Pierwszy slogan musi budzić uśmiech politowania dla kubertynistów. Gdyby tak miało być to, po co napędzane na siebie miliony kibiców, po co emocje, po co te nerwy i cała ta adrenalina. Przegraliśmy awans do półfinału w siatkę? No to, co? Uśmiechają się zawodnicy przegranej drużyny do zwycięzców: „udział, panowie, udział a nie zwycięstwo!”. Zwycięzcy potakują: „tak, tak, udział, nie zwycięstwo”. Sport to zdrowie? Podczas ostatniej olimpiady aż roiło się od afer dopingowych. Ale ciśnie się też na usta inne pytanie. Ile z nich miało podłoże polityczne, będące jawną dyskryminacją zawodników ze względu na takie lub inne przynależności polityczne, państwowe? Ile przypadków dopingu skrzętnie zamieciono pod dywan dla tych, którzy są możnymi sponsorami komitetów olimpijskich? Tego się nie dowiemy.

Kto mi może powiedzieć, dlaczego coś jest dopuszczalne jako doping a inne coś nie jest? Kto i dlaczego o tym decyduje? Dlaczego to, że sportowiec przed startem ogląda okrutne sceny rozrywania zwierząt przez lwy jest dopuszczony do igrzysk, a ktoś, kto zażyje ogólnie dostępny wszystkich syrop na kaszel już nie? Dlatego, że nie da się wykryć dopingu mentalnego, nie wykryje się prania mózgów? Zawsze mnie zastanawia jak to było z rekordem Boba Beamona w Meksyku, w roku 1968, w skoku w dal. Jak w warunkach wysokogórskich osiągnąć taki rezultat, którego nikt potem przez 23 lata nie jest w stanie poprawić, łącznie z samym Beamonem, który niczym już potem nie zabłysnął. Nasuwa się pytanie, czy ludzie z komisji antydopingowej są nieprzekupni i kryształowi, a tylko sportowcy są be? Nikt z szanownej komisji nie jest podatny na kuszące oferty, od tych, którym sukces sportowy jest tylko elementem większej układanki? Za którą są duże pieniądze i duże wpływy polityczne.

Sport to zdrowie? A pękające od przeciążenia ścięgna, podawany na mecie tlen, przypominające facetów kobiety bijące na głowę w rywalizacji te, które nie zdecydowały się przyjmować silnych dawek testosteronu? A wypaleni psychicznie sportowcy, którym nie chce się nie tylko więcej uprawiać sportu, ale ledwo przeczołgują się przez depresję do życia uznawanego za normalne, gdzie można się cieszyć po prostu, bez ciągłego wyścigu szczurów. No i wisienka na torcie, czyli związki sportowe, federacje, działacze, politycy. Przecież kiedyś w czasach ZSRR jazda figurowa była zdominowana w tej sferze przez ludzi radzieckich, którzy dzielili i rządzili jak chcieli. A dziś? Na ostatnich IO w Rio kolarstwo torowe, zdominowane przez Anglików przypominało karykaturę zdrowej rywalizacji, gdzie nawet sędziowie na oczach milionów widzów przed odbiornikami TV dokonywali bezczelnych przekrętów. Jak się ma to do pierwotnej kubertynizacji, do nowożytnej idei olimpijskiej? Nijak. To jej zaprzeczenie, czyli właśnie owa tytułowa dekubertynizacja.

Coubertin i inni członkowie pierwotnego komitetu olimpijskiego to w du-żej mierze arystokracja. Czas przełomu wieków XIX i XX to czas zawieruchy dziejowej. Z jednej strony na Zachodzie to czas rewolucji przemysłowej, która na wyżyny społeczne wypchnęła Wokulskich, przedkładających rachunek ekonomiczny ponad jakieś tam fantasmagorie. Na Wschodzie zaś rewolucja bolszewicka eliminowała szlachetnie urodzonych fizycznie, niezależnie czy byli pięknoduchami czy ciężką pracą tworzyli nowe wartości. Skończył się więc również dobry czas rozwoju arystokracji ducha. Ich miejsce zajmowali z biegiem czasu „arystokraci” kupujący tytuły szlacheckie, a współcześnie osobniki zwane celebrytami. Ale niestety nie nabywali wraz z tym aktem kupna-sprzedaży lub namaszczeniem mediów nawet części kubertynizmu. Ale też z innej strony patrząc, można spytać czy wszyscy ci prawdziwi arystokraci byli takimi, o których można powiedzieć, że popychali ten świat w trochę lepszą stronę? Bynajmniej.

Czy jednak naprawdę nic nie pozostało z tych pięknych idei sportu dla zdrowia i udziału bez zaciekłej wojennej rywalizacji, bez „do pierwszej krwi” i bez „do ostatniego tchu”? Czy coś zeszło z Olimpu i zamieszkało na nizinach? Ależ oczywiście zeszło i oczywiście zostało. Przecież, gdy z żoną jedziemy na rowerach za miasto, to jesteśmy idealnymi olimpijczykami. Po pierwsze, robimy to przecież dla zdrowia ciała i dla dobrego w tym ciele ducha. A po drugie, to się liczy wspólny udział w tej zabawie, a nie kto pierwszy, a kto drugi. Poważnie.

 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com