Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 44 arrow Felieton
Felieton

Marek Powichrowski

Brakujący Element

       Nie pochodzę od małpy, nie i już. Tak się mówiło w dzieciństwie na podwórku podczas filozoficznych dysput kaczanów po czterech klasach szkoły podstawowej. Ale z biegiem czasu poglądy na ten temat chłopców z jednego podwórka zmieniały się tak jak widok z innego miejsca siedzenia. Wiem, że w moim przypadku ta postawa na „nie” dla posiadania w swoim rodowodzie jakiejś małpy nabierała całkiem konkretnego i merytorycznego uzasadnienia. Nie pamiętam kiedy wyraziłem to dobitnie. Najprawdopodobniej podczas jakiegoś spotkania w gronie kiedyś sobie bliskich ludzi. Dyskusja była zażarta, a ja z przyjacielem byliśmy w zdecydowanej mniejszości. Właśnie podczas takich spotkań żywo dyskutowało się o wszystkich tematach. Od sensu umie-szczania cytatu z „Pana Tadeusza” na butelce wódki, po zasadnicze problemy filozoficzne sensu istnienia. Dziś niestety tego już nie ma, a szkoda.
    Dlaczego więc uważam, że teoria ewolucji jest ideologią? Chyba dla-tego, dlaczego dinozaury są uważane za pewnik, podczas gdy modele jakie się dla nich buduje są sprzeczne z fizyką. Najlepszy przykład to Argentynozaur, którego kompletny model zbudowano z bardzo nielicznych szczątków. Jak znajdując dwa piszczele uznać, że można z tego zbudować model? Gdyby go przyjąć jako pewnik, to serce pompujące krew do odległej głowy miałby większe od siebie samego. Co ciekawe w kwestii Argentynozaura to fakt, że w muzeum stoi – a jakże by inaczej – kompletny jego model, który z wyżej wymienionych powodów można by nazwać fantazją autora narażając się tym samym na zaszufladkowanie do jakiejś „średniowiecznej ciemnoty”. Proble-mem jest również fakt wyginięcia dinozaurów przy jednocześnie cudownym zachowaniu człowieka oraz innych znanych nam obecnie gatunków. Jak to się stało, że człowiekowi (małpie) udało się to przetrwać? Przecież wybuch wulka-nu Tambora w kwietniu 1815 roku na terenie obecnej Indonezji doprowadził do długiej zimy niszczącej uprawy w odległej Europie, w konsekwencji prowadzącej do głodu. A przecież była to już Europa cywilizacji, a nie Europa pierwotnych ludzi żyjących w jaskiniach. W głębokiej jaskini można się ukryć przed zimnem, ale skąd czerpać pożywienie, gdy wszystko wokoło jest zmar-zliną? I jak w ten sposób przez czas kilku pokoleń zapewnić ciągłość reprodukcji gatunku nie mając środków do przetrwania? Podobnie było z wul-kanem Krakatau, którego wybuch spowodował identyczne konsekwencje. Również wybuchy wulkanów na Islandii miały te same skutki. A przecież wybuch jakiegokolwiek wulkanu na Ziemi w porównaniu do upadku meteo-rytu, o którym się mówi jako o przyczynie zagłady dinozaurów to zupełnie mały pikuś.
    Podobnie jest z „teorią” ewolucji, która opiera się na jakimś zupełnie nieokreślonym brakującym elemencie. Czy można zbudować jakąkolwiek te-orię naukową na brakującym elemencie? W matematyce lub fizyce są to rzeczy niedopuszczalne, wręcz niedorzeczne. Ba, w żadnej dziedzinie nauki nie jest to możliwe. Wyobraźmy sobie przypadek, gdy w biologii powstaje jakaś teoria i autor z rozbrajającą szczerością mówi, że brakujące badania potwierdzające jego teorie może kiedyś zrobi. Albo historyk będzie budował jakąś wersję historii nie mając żadnych dokumentów na ręku. Żaden socjolog nie wychyli się z jakimś domniemaniem na temat trendów w społeczeństwie, jeżeli nie zo-stanie ono oparte o rzetelne badania statystyczne. Z brakującym elementem może być jedynie hipoteza, nigdy teoria naukowa. Natomiast „teoria” ewolucji ma wciąż na sztandarach poszukiwanie brakującego elementu i nadal uważana jest za teorię naukową! Nieprawdopodobne. Jeżeli więc z małpy powstał czło-wiek, to dlaczego w wyniku tego nadal po ziemi chodzą małpy, które jakimś dziwnym trafem nie zabrały się do pociągu teorii ewolucji? Natomiast katedry dinozauorologii mniemanej oraz sympozja na temat czaszki odkopanej w Zambii (lub innej Syberii) niezmiennie gromadzą coraz więcej postaci w gronostajach, gotowych życie oddać w obronie swoich ciepłych posadek, które nie wymagają większej dokładności, natomiast stwarzają pole do nieweryfikowalnych spekulacji. Nic tylko być dinozaurologiem, prosta robota, uznanie gwarantowane.
    Zawsze zadawałem sobie to pytanie, jak ci paleontolodzy znajdują swoje wykopaliska w takiej danej Patagonii. Jak stojąc na bezkresnym pampasie patagońskim mieć ten błysk i powiedzieć: „tu kopiemy, tu na pewno będzie jakiś dinozaur albo inny australopitek”. Przecież kościec to nie metal, że można go wyczuć jakimś detektorem na znacznej głębokości. Z satelity też tego nie wyczujesz. Ile ziemi trzeba przekopać aby na coś natrafić? A oni tych szkieletów ciągle dobywają i dobywają. Pamiętam jak mnie zbulwersował artykuł na pierwszej stronie pewnej gazety (okryję sromotą milczenia jej nazwę). W artykule tym autor pisał, ze znaleziono odcisk pióra jakiegoś dinozaura, który zostawił go gdzieś w jakiejś jaskini milion albo 3 miliony lat temu (kto to zgadnie). I przez te miliony lat erozja nie chwyciła tego odcisku, nieprawdopodobne! Niedorzeczność i ideologizacja tego faktu biła wprost po oczach. Tak jak przy odkryciu czaszki człowieka z Piltdown, która wzbudziła zachwyt uczonych ewolucjonistów, że to już, już ten brakujący element został znaleziony. A po jakimś czasie okazało się to być zwykłą mistyfikacją. I pozostał naukowy wstyd.
    Gdyby ewolucja postępowała tak jak ją sobie wyobrażają darwiniści, czyli z zimnego przypadku i bezwzględnej walki o przetrwanie tylko człowiek miałby się stać naczelnym, a nie ryby, płazy gady, ptaki, słonie? Przecież ty-grys lub lew ma większe szanse od człowieka wygrania walki o brutalne prze-trwanie. Szczególnie, że człowiek musiał tysiące lat dochodzić do jako takiego uzbrojenia. Przecież jeżeli ten proces trwał równolegle miliony lat, to już dziś ryby powinny śpiewać arie operowe w rzece Ukajali. Lis powinien być wpły-wowym dziennikarzem. Wrażliwa sarna mogłaby pisać neurotyczne wiersze. A taki na przykład słoń od dawna prowadziłby dochodowy sklep z porcelaną. Małpa z wypindrzonymi na czerwono pazurami powinna siedzieć w kawiarni popijając małą czarną i czytać wspomnianą wyżej gazetę. Dlaczego ten zimny przypadek je ominął?
    Gdy tak sobie o tym myślę, to przychodzi mi na myśl, że możemy przyjąć, iż ta darwinowska ewolucja trwa nadal. I gdy ze skorupek w bocianim gnieździe wychylają się małe łebki, to bociani rodzice zostawiają pisklaki samym sobie. Gdy się rodzi mały źrebaczek to natychmiast zostaje pozo-stawiony swemu losowi bez żadnego wsparcia i maminego cyca. I podobnie przesuwając rolkę filmu przesuwamy o miliony lat wstecz i możemy zobaczyć jakieś skupisko bakterii, które samo opiera się gwałtownym burzom, siarczy-stym mrozom, upalnej suszy, rwącym potokom powodzi i stopniowo rok po roku buduje z tego szlamu piękną Ewę i dzielnego Adama. Po czym znowu przesuwamy rolkę filmu do czasów współczesnych i gdy się nam rodzi potomek płci męskiej, to dajemy mu klapsa na dzień dobry i mówimy: „no chłopie, masz tu łyżkę, kubek, nóż i widelec, a teraz walcz bezwzględnie o swoje przetrwanie”. Nie mówmy tak? Absolutnie nie.
    W latach 80-tych ubiegłego wieku słynni matematycy i fizycy: angielski sir Fred Hoyle oraz hinduski Chandra Wickramasinghe wyliczyli prawdopodobieństwo, że ze wszystkich komponentów dostępnych we wszech-świecie można zupełnie przypadkowo uzyskać zestaw enzymów niezbędnych do powstania komórki życia. Według ich wyliczeń jest to 1 do 10 do potęgi 40000 (czyli 1 z czterdziestoma tysiącami zer, uff...). Jest to tak nieprawdo-podobnie małe prawdopodobieństwo, że sir Hoyle ujął to w formie zrozumiałej każdemu. Otóż można wyobrazić sobie skład złomu, na którym znajduje się kompletnie rozmontowany Boeing 747, jego części są porozrzucane bezładnie po całym składzie i nagle przechodzi nad nim trąba powietrzna i po jej przejściu mamy gotową do lotu maszynę. Prawdopodobieństwo powstania chociażby jednego  z polimerów żywego organizmu według niego jest takie, jak prawdopodobieństwo, że wypełniający wszechświat niewidomi poprawnie ułożą w tym samym momencie kostkę Rubika. Co jest najbardziej interesujące w tej historii o sir Hoyle, to fakt, że był on kiedyś ateistą. Ciekawe jest również to, że był brany pod uwagę do nagrody Nobla (i to dwukrotnie), ale komitet noblowski nie chciał mu jej przyznać właśnie dlatego, aby nie docenić go, a tym samym nie dać szansy na propagację jego idei. W efekcie dostał nagrodę Wiliam A. Fowler, który rozwijał teorię nukleosyntezy… autorstwa sir Hoyle. John Maddox z poważanego magazynu „Nature” nazwał ten przypadek zawstydzającym…
    To czymże  może być ten brakujący element, którego tak poszukiwali darwiniści i nie mogą go do tej pory znaleźć, chociaż on bije zewsząd po oczach swoją obecnością. Co stało za tymi nieprawdopodobnymi przypadkami sir Hoyle? To coś bez czego nikt z nas nie byłby tym kim jest. To po prostu troskliwa opieka.

 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com