Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 39 arrow Felieton
Felieton

Marek Powichrowski

Jeden prosty ruch

„Siedzę na fejsie”. To zdanie jest prawie żywcem wzięte z gwary naszych rodaków zamieszkujących słynną dzielnicę Jackowo w Chicago. To prawie tak samo jak: „sejlować bołtem po lejku” lub też „luknąłem at łindoł na kara”.  „Siedzę na fejsie” to częsty zwrot używany przez użytkowników bardzo popularnego w Facebook’a. Ale to też symboliczne określenie postawienia sprawy na głowie a właściwie na „fejsie” czyli twarzy, bo przecież siedzi się na czterech literach a nie na niej.

To zabrzmi jak wyznanie uczestnika klubów anonimowego alkoholika: tak, ja też byłem użytkownikiem fejsbuka. Poświęcałem temu zajęciu za dużo własnego wolnego czasu i własnych emocji. Jednak od maja tego roku jestem szczęśliwie pozbawiony wszelkiego kontaktu z tym medium. Dlaczego uważam ten czas za zmarnowany? Aby to dokładniej wyjaśnić należy się cofnąć do początków Internetu. Do czasów gdy połączenie z Internetem osiągało się poprzez śpiewny dźwięk modemu. Nie było wówczas tak sprawnych przeglądarek internetowych i rozbudowanych portali z przyciągającą wzrok dobrze zrobioną grafiką. Kontakt zapewniały grupy dyskusyjne Usenet. Programy je obsługujące były zgrzebne i pełniły jedynie rodzaj komputerowej końcówki teletype znanej z czasów dużych komputerów typy mainframe, jeszcze przed zastaniem ery pecetów. Żadnych fajerwerków, zwykły tekst, nawet bez efektów graficznych. Oczywiście ta ułomność technologiczna wcale nie ograniczała możliwości wzbudzania gorących emocji. Te można było łatwo wywołać i zwykle osiągały one postać „pożóg internetowych”, gdzie po jakimś czasie nie było wiadomo o co poszło. Wiadomo było jedynie, że  następuje ogólne mordobicie każdego z każdym niczym w saloon’ie na Dzikim Zachodzie. Na nic nie pomagały wezwania co bardziej trzeźwych uczestników bijatyki o wstrzemięźliwość w ferowaniu wyroków.  Wtedy właśnie doświadczyłem szczególnie uciążliwych typów krążących po Internecie: internetowych trolli. Typów, których jedynym celem jest doprowadzić do skrajnych emocji z pozoru poczciwych i spokojnych obywateli. Tak oto baśniowe stwory wywodzące się ze skandynawskich wierzeń ludowych wylądowały w wirtualnym świecie opartym o najnowsze technologie internetowe. Z powodu „siarkowego odoru” wydzielanego przez trolle ograniczyłem po jakimś czasie swój udział w Usenecie do grup o bardzo hermetycznej tematyce z dala od ich głównych zainteresowań.

Od czasów Usenetu świat poszedł znacznie do przodu. Przeglądarki internetowe są multimedialne, można w łatwy sposób przekazać obraz, dźwięk i film. Swój pierwszy kontakt z fejsbukiem miałem wiele lat temu gdy dopiero co raczkował. Był wtedy taką amerykańską naszą klasą gdzie można było nawiązać kontakty z classmates z czasów gdy się było pięknym i młodym. Uznałem wówczas, że jest to projekt bez żadnej przyszłości. Pomyliłem się bardzo. Twórca fejsbuka miał jednak pewność, że jest to właściwy kierunek do sukcesu ponieważ po poczuciu bezpieczeństwa emocje związane kontaktami międzyludzkimi to jedna z najcenniejszych wartości w życiu człowieka. Nawet się nie obejrzałem jak portal ten osiągnął sukces w naszym kraju spychając na absolutny margines nadzwyczaj popularny w swoim czasie portal nasza-klasa.pl.

Początkowo opierałem się przed zostaniem użytkownikiem fejsbuka po złych doświadczeniach z czasów Usenetu. Obawiałem się, że troll nie zginął na internetowym froncie. Jednak moje najwyższe zdumienie wywołał fakt, że portal ten ma najwyższy wskaźnik – gogolowski  page rank – który osiągnął poziom 10/10. Zainteresowałem się nim jako sposobie na promowanie internetowej strony mojej i moich przyjaciół ze „starego NZS-u”. Efekt był piorunujący. W niecały tydzień wyszukiwarka Google na pytanie o hasło „stary NZS” w pierwszej dziesiątce podawała trzy linki. I tak zostałem wciągnięty do machiny emocji.

Na początku dostrzegłem zasadniczą różnicę pomiędzy dawnymi czasami Usenetu a fejsbukiem. Podstawowa różnica tkwiła w sposobie doboru znajomych na tym portalu. W Usenecie nie miałem wpływu na to kto dyskutuje na dany temat. Teraz mogłem dobierać swoje towarzystwo ograniczając je jedynie do osób znanych tylko sobie w fizyczny sposób. Jednak jak zwykle „diabeł tkwił w szczegółach”.  Ten na początku niedostrzegany szczegół to był fakt, że znajomi mają swoich znajomych, ci znajomi mają również swoich znajomych a tamci mają swoich znajomych itd., itd. Efekt był taki, że publikując jakąś wiadomość, którą któryś z moich znajomych uznał za godną kliknięcia w słynny znak podniesionego kciuka „Lubię to!” czynił ją dostępną do komentowania przez ludzi, o których istnieniu nie miałem zielonego pojęcia. Otwierało to oczywiście interesujące możliwości poznania odmiennych spojrzeń.

Jednak zgodnie z prawem wielkich, w miarę jak liczb krąg ludzi „znajomych” poszerzał się powiększało się prawdopodobieństwo trafienia na dawno niewidzianych trolli. Od czasów Usenetu trolle jednak też się zmieniły. Stały się bardziej brutalne i bezczelne. O ile tamte trolle w dyskusjach w każdym zdaniu potrafiły zmienić temat na inny tak, że po jakimś czasie człowiek czuł się zupełnie skołowany. Współczesne trolle po prostu stosowały perfidne metody obrażania i poniżania. Z trollami jest jak z dziegciem i beczką miodu. Potrafią zepsuć najlepszy smak kontaktu z przyjaciółmi.

Ale jakby tego było mało to po pewnym czasie zacząłem odczuwać, że ze strony fejsbuka w stosunku do moich wypowiedzi pojawiają się formy szykanowania. Nie publikowałem treści obraźliwych, łamiących zasady współżycia, co nie znaczy że zgodnych z polityczną poprawnością. Natomiast fejsbuk (zapewne za pośrednictwem swoich ukrytych adminów) uważał, że powinienem się zastanowić czy aby na pewno chcę tę treść opublikować. Oczywiście, że chciałem i nie chciałem aby ktokolwiek się w to wtrącał.  Zaczęło mnie to irytować. I wtedy gdzieś w prasie przeczytałem, że fejsbuk jest wart kilka miliardów dolarów i zamierza wejść na giełdę w New York Stock Exchange. Kilka miliardów doców za przechowywanie ludzkich emocji? Uświadomiłem sobie, że pracuję u właściciela portalu na „czarno” i za darmochę. Zadałem sobie pytanie: co ja tutaj robię? Czy potrzebuje tego aby skontaktować się z kimś bliskim? Wcale. Czy mnie to rozwija? W minimalnym stopniu. Czy mogę się bez tego objeść. Zdecydowanie. Podjąłem decyzję. Wypisuje się. Ale wcale nie było tak prosto. Macherzy od marketingu z fejsbuka wiedzieli, że z uzależnienia nie wychodzi się lekko i na ta aby się całkowicie wypisać trzeba było się wstrzymać z logowaniem przez dwa tygodnie. Wytrzymałem. Jestem obecnie trzeźwy od fejsbuka od tego czasu.

Z chłodnym dystansem przyglądałem się akcji wejścia fejsbuka na NYSE. Dzień pierwszego notowania był odnotowany przez wszystkie media. Fejsbuk stawał się jednym z najważniejszych wydarzeń medialnych współczesności. Miał swoje pięć minut. Mi było to zupełnie obojętne. I w kilka dni po debiucie na giełdzie gruchnęła wiadomość, właściciel portalu sprzedał „na pniu” 15% akcji czym doprowadził do gwałtownego spadku kursu akcji doprowadzając do strat akcjonariuszy. Aby było tego mało, to banki, które wprowadzały go na giełdę dały akcjonariuszom komunikat, który po skompilowaniu brzmiał mniej więcej tak: „widziały gały co brały”. Do tego czasu, w całej historii giełdy, główny właściciel pakietu akcji był ich najważniejszym strażnikiem. W wielu korporacjach, gdzie posiadanie akcji jest jednym z form płacenia pracownikom, przestrzega się zasad bardzo oszczędnego nimi dysponowania. A już niedopuszczalne jest aby ktoś z zarządu wyciął taki numer akcjonariuszom. A ten smarkacz zrobił to bez żadnego wahania. Wydarzenie to umocniło mnie w przekonaniu, że podjąłem właściwą decyzję.

Nie mniej faktem jest, że żyjemy w dobie komunikacji elektronicznej, wirtualnej. Trudno się od niej uwolnić. I wtedy zdarzyło się coś co pokazało, że można się bez tego obejść. Otóż jednego z letnich wieczorów - gdy spędzałem czas oglądając jakieś informacje w Internecie – nagle w całej dzielnicy zgasło światło. Co prawda laptop pracował nadal, ale ciemności wokół nie pozwalały na sprawne korzystnie z niego. Wokoło zapadła cisza. Wszystkie urządzenia tak intensywnie absorbujące naszą uwagę: telewizor, radio, lodówka i inne zamilkły. Zamknąłem laptopa i z rodziną zaczęliśmy szukać jakiejś świeczki aby rozświetlić ciemność. Ciepłe światło świecy tworzyło tajemniczą aurę. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Każdy z nas uświadomił sobie jak bardzo nas to wszystko napędzane ruchem elektronów absorbuje i oddala od siebie. Nikt z nas nie potrzebował fejsbuka aby się ze sobą porozumiewać. Jakiś zakorzeniony w nas atawizm dawał poczucie bezpieczeństwa płynącego do migoczącego światła zwykłej świecy.

Czyli jest życie poza tym całym technologicznym zgiełkiem naszych czasów. Warto spróbować. Na początek jeden prosty ruch. Przynajmniej na kilkanaście minut. Wystarczy wyłączyć zasilanie energią elektryczną domu nocą.  Pstryk.

 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com