Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 38 arrow Felieton
Felieton

Marek Powichrowski

Nonkonformistyczna teoria wzrostu

Jim Clark, inżynier Jim Clark. Idę o zakład, że nikt nie kojarzy zupełnie człowieka, o którym chciałbym dziś napisać. Właśnie skończyłem czytać książkę Michaela Lewisa: „Coś nowego. Opowieść o Dolinie Krzemowej”. Teraz już pewnie niektórzy mogą mieć jakieś przebłyski ale nie sądzę, aby były trafne. Ja sam, pomimo, że z technologiami komputerowymi jestem ściśle związany od wielu lat, musiałem to nazwisko najwyraźniej przeoczyć. Przez lata boomu komputerów osobistych świadomość społeczną wypełniało tylko jedno nazwisko: Bill Gates. W mediach był wciąż tylko Bill Gates to lub to Bill Gates tamto. A ja wcale nie uważam Bill’a za człowieka, który dokonał przełomu technologicznego. Był oczywiście geniuszem biznesu, ale ja jako inżynier zdecydowanie stawiam na dwie legendy Doliny Krzemowej: Steve Jobs’a i obecnie właśnie Jim’a Clark’a.. Oni dokonali największego przewrotu i pchnęli technologie XX wieku na nowe tory.

Historia Jim’a  idealnie pasuje do amerykańskiego mitu o karierze od pucybuta do milionera. Na początku jest zupełnie przeciętnie. Przychodzi na świat w miasteczku o prozaicznej nazwie Plainview. W miasteczku, gdzie nic się nie dzieje. Raz tylko przyjeżdża ekipa z Hollywood (Jim’a już wtedy nie ma w miasteczku) aby nakręcić film i w tym celu przemalowuje wieżę ciśnień, której nikomu się nie che po wyjeździe ekipy filmowej przywrócić do poprzedniego stanu. Czyli środowisko raczej niemrawe, prawie jako nadmorski ośrodek wypoczynkowy długo, długo po sezonie.

Nazwa miasteczka Plainview to po angielsku nic innego jak zwykły widok. Ale widoki życiowe młodego Jima’a wcale nie były zwykłe. Były po prostu żadne. Ojciec alkoholik bił jego matkę, która odbierała ciosy tak, aby ludzie tego nie widzieli - przynajmniej w miejscach  widocznych na ciele  Gdy matka postanawia rozwieść się, ojciec szuka sposobu aby jej zaszkodzić. Najpierw dosypuje opiłki do metalu do silnika jej samochodu, ale zostaje to zauważone i nie dochodzi do awarii. Ale potem dosypuje piasek do paliwa i awaria kosztuje dwie pensje miesięczne matki Jim’a. Po tym wydarzeniu wściekły Jim odnajduje ojca i sprawia, że od tej pory przestaje on dokuczać matce. Ale po tym wszystkim długo płacze samotnie…

Generalnie, jak to bywa w takich sytuacjach zaczyna sprawiać problemy wychowawcze. Wyjeżdża z miasteczka z mocnym postanowieniem, że on jeszcze pokaże komu trzeba, że będzie zarabiał kilka tysięcy dolarów miesięcznie. Zaciąga się do US Navy, ale kariery nie robi. Odkrywa u siebie zdolności w kierunkach ścisłych. Kończy szkoły, ląduje na uniwersytecie Stanford. W tym czasie Dolina Krzemowa to raj dla młodych inżynierów. To również czas rządów Ronald’a Reagan’a, czas liberalizmu gospodarczego i niskich podatków, czas zadymy wokół Wojen Gwiezdnych i dużych zleceń z Pentagonu. Czegóż więcej trzeba. Ale Jim’owi pęka życie osobiste. Odchodzi od niego żona. Otwiera się osobista otchłań, w której Jim tkwi kilka miesięcy.

I to mogłoby być już zakończenie historii inżyniera Jim’a Clark’a. Jednego z wielu. Ale on ma jakąś ułomność, która co prawda utrudnia innym wytrzymanie z nim dłużej, ale jemu samemu pozwala myśleć zupełnie nieszablonowo, jest po prostu technologicznym anarchistą i rebeliantem. Wpada na pomysł zbudowania mikroprocesora, który będzie przetwarzał grafikę trójwymiarową w czasie rzeczywistym. Nazywa ten procesor Geometry Engine. Zakłada firmę Silikon Graphics, która buduje potężne stacje graficzne o takiej samej nazwie. W późnych latach 80 ubiegłego wieku w PKiN w Warszawie były organizowane wystawy Komputer Expo. Bywałem na nich i wtedy widziałem dzieło tej firmy. Od tego czasu minęło ponad dwadzieścia lat, ale prezentację przetwarzania grafiki w czasie rzeczywistym do dziś posiada niewiele pecetów w takim stopniu jak robiły to stacje SG.

Jim’a nie interesuje bieżące zarządzanie firmą. Zatrudnia managera, który stopniowo odsuwa go od coraz większej ilości spraw mających wpływ na rozwój firmy. Jest tytularnym prezesem, ale nie ma na nic wpływu. Jest już co prawda bogatym człowiekiem, ponieważ ma akcje giełdowe spółki, która jest notowana na Wall Street, Wartość spółki przekracza miliard dolarów.  Wpada na pomysł telewizji interaktywnej. Time Warner wykłada setki milionów dolarów na pilotujący projekt. Projekt idzie w tempie błyskawicznym. Opóźnienie wynosi jeden miesiąc na przestrzeni dwóch lat. Inżynierowie tworzący ją osiągają szczyty technologiczne. Powstaje wiele standardów, które obowiązują do dziś. Na Microsoft pada blady strach, wydaje im się, że coś przeoczyli i już nie zdążą. Cały rynek mediów rzuca się w inwestowanie w telewizje interaktywną. Ale Jim’a już przy tym nie ma. Ostatecznie odchodzi z SG. Zaczyna marzyć o zbudowaniu największego jachtu, który byłby sterowany przy pomocy farmy stacji SG.

Spotyka młodego absolwenta Stanford’a: Marc’a Anderssena, który pokazuje mu prosty program Mozaic do poruszania się po sieci Internet. Doznaje olśnienia. To nie telewizja interaktywna, a przeglądarka internetowa to jest to na co czeka świat u progu rewolucji internetowej. Na inwestorów telewizji interaktywnej pada strach. Setki milionów dolarów poszły w błoto. Inżynierowie, pracujący nad telewizją interaktywną uświadomili sobie wówczas, że tak naprawdę pracowali nad projektem służącym do „ogłupiania faceta, który w podkoszulku będzie siedział przed nią i żarł chipsy i popijał piwem”. Ale już wtedy wśród inżynierów z Doliny Krzemowej Jim jest kimś, za którym jak „w siwy dym” poszłaby ogromna większość z nich.

Jim zakłada firmę Netscape. Bill Gates uświadamia sobie, że przeoczył coś, co może zrujnować jego firmę. Natychmiast nakazuje porzucenie części projektów i skierowanie wszystkich sił na oprogramowanie Internetu. I tu zaczyna się scenariusz prawie jak z filmu gangsterskiego. Dyrektorzy Microsoftu w jednoznaczny sposób niczym chłopaki z Otwocka lub Wołomina dają Jimowi do zrozumienia, że albo odsprzeda im cześć swoich akcji, albo źle skończy. Ale Microsoft ma jeszcze jedna zabójczą broń. System operacyjny Windows, a właściwie jego Application Program Interface (API), coś bez czego nie można budować programów zgodnych z tym systemem. I tu spotykają Netscape restrykcje. Inni producenci mają aktualne API tylko nie oni. W związku z tym nie mają szans sprostać zmianom w systemie. Ostatecznie sprawa trafia na wokandę Departamentu Sprawiedliwości. Microsoft przegrywa. Ale Jim już wie, że nie da się pokonać giganta z Redmont. Netscape kupuje gigant medialny AOL. Jim jest jeszcze bogatszym człowiekiem.

W tym czasie w małej wioseczce holenderskiej szkutnicy z dziada pradziada budują Clarkowi jacht. Jach nazywa się Hypernion i jest jedynym obiektem jego zainteresowania. Będąc multimilionerem postaje nadal inżynierem i samodzielnie z zespołem programuje sterowanie łodzi. Wypływają w dziewiczy rejs na Morze Północne w okresie największych zimowych sztormów. Już wypłynięcie z portu pokazuje, że nie wszystko działa jak należy. Radar pozycjonowania pokazuje podczas wychodzenia z portu,  że aktualnie znajdują się na… pasie startowym lotniska. Podczas sztormu łamie się maszt wykonany z włókien węglowych. Nie powstrzymuje to jednak prac nad rozbudową Hyperniona.

Kiedy zapada na chorobę, która skazuje go na dłuższy pobyt w szpitalu uświadamia sobie, że w usługach medycznych panuje niesamowity bałagan. Ale uświadamia sobie też, że ten rynek to 15% całego dochodu narodowego. Usprawnienie go i odcięcie z tego tortu niewielkiego kawałka da jego nowej firmie Healthtone wielomiliardową wartość giełdową. Jednym słowem ściąga do siebie elitę inżynierów z Doliny Krzemowej, którzy pracują dla niego odcięci od świata. Wierzą w niego. Ale zaczyna się recesja. Nie może przekonać inwestorów oraz świata medycznego do swego projektu. Inwestuje swoje setki milionów w ten projekt czym wywołuje panikę tuzów z Wall Street, którzy obawiając się, że Jim wie coś czego oni nie wiedzą i zostawi ich bez smacznego kąska. Mimo braku business plan oraz braku perspektyw dla jego nowego przedsięwzięcia pakują w firmę setki milionów dolarów. Ostatecznie po kilkukrotnym odwołaniu debiutu na Wall Street pojawiają się oznaki ożywienia. Firma rewelacyjnie debiutuje na giełdzie. Jim zostaje miliarderem. Jego Hypernion przepływa (nie bez perypetii) przez Atlantyk. Wydaje się, że tylko bycie inżynierem tak naprawdę go interesuje.

I na tym można skończyć opowieść o przypadkach Jim’a Clark’a. Ale po przeczytaniu ksiązki opowiadającej jego historię ogarnęło mnie przygnębienie. Uświadomiłem sobie na jakim zadupiu się znajdujemy. Bohaterami książki są głównie inżynierowie będący Hindusami, Clark bardzo ich sobie cenił. Żartujemy sobie z zalewających świat Hindusów, ale przypomniałem sobie, że przecież Nehru stworzył system oświaty, który pozwalał na wyłuskiwanie z całej masy uczniów prawdziwych pereł i otoczenie ich troskliwa opieką tak, aby można było z nich uzyskać klejnoty najwyższej wartości. Gdy pomyślę o wynikach naszych matur w roku 2011, to widzę tę powiększająca się przepaść nawet w stosunku do Indii, które stopniowo stają się jedną z najprężniejszych gospodarek świata.

Następna sprawa to giełda i kapitał oraz inżynierowie. Wszystko jest tak zorganizowane, że jedni drugich szukają i jedni drugich potrzebują. Był taki czas, że inwestorzy, którzy współpracowali z Jim’em Clark’iem zatrudniali ludzi, których jedynym zadaniem było chodzenie za nim krok w krok i notowanie wszystkiego co wymyśli. Giełda jednocześnie wartościowała przyszłość. Była barometrem oczekiwań i nadziei. System opcji giełdowych dla pracowników firm, a głównie dla pracujących w nich inżynierów pozwalał bardzo szybko przestać się zastanawiać z czego spłacą kredyt na dom. Giełda powinna kiedyś dostać nagrodę Nobla z ekonomii jako wspaniała Maszyna Ekonomiczna. Gdzie my jesteśmy z naszą giełdą od czasu do czasu wstrząsaną przez informacje, które trafiają do uprzywilejowanej grupy graczy powodując na niej turbulencje nie związane z prawidłowym jej działaniem.  Jak bardzo daleko też tu jesteśmy.

W tym czasie gdy Jim Clark był liderem Doliny Krzemowej i jej największym rebeliantem, ekonomista Paul Romer tworzy teorię wzrostu (dostanie za nią Nobla). Uzasadnia, że bogactwo nie bierze się z posiadania większej ilości znanych już dóbr, ale z… wyobraźni. A ta jest odpowiedzialna za zmianę, która jest po prostu inną nazwą wzrostu. Ale aby to było możliwe, społeczeństwa które chciałoby by być bogatsze muszą sprzyjać cechom nawet czasem dziwacznym, które pozwalają ludziom tworzyć nowe receptury. I tu cytat, który idealnie pasuje do Jima Clarka i jego sukcesu. W jednym zdaniu zawiera przepis na więcej  takich sukcesów, wskazuje na fundamentalne społeczne warunki sprzyjającego jego powstaniu. Cytat pochodzi od wspomnianego wyżej Romera: „zasadniczą role w tym procesie odgrywa pewna tolerancja dla nonkonformizmu”. Banalne, nieprawdaż?.

 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com