Strona główna arrow Biuletyn arrow Biuletyn 35 arrow Felieton
Felieton

Marek Powichrowski

Ujadanie psa łańcuchowego

Gdyby ktoś postawił nam pytanie: „Kim chciałbyś być - bogatym i zdrowym czy chorym i biednym” to nikt przy zdrowych zmysłach nie wybrałby wariantu drugiego. Ale wystarczy niewielka modyfikacja tego pytania poprzez dodanie po słowie „być” następującego tekstu „widzianym przez innych”. I zaczyna się pojawiać napięcie. Zaczynają się emocje. Czy stanąć w prawdzie czy udawać kogoś, kim się nie jest i nigdy nie było? Każdy z nas ze swego życiowego doświadczenia zna przypadki ubogich, szczęśliwych ludzi, którym wcale nie w głowie udawanie kogoś innego. Tak samo znamy bogatych, którzy wyglądają na wiecznie niezadowolonych. Spotykamy też zapewne ludzi cierpiących, którzy nie epatują innych swoim bólem ale pokazują hart ducha. A z innej strony znamy również zdrowych byków, którzy zadręczają otoczenie swoimi hipochondriami. Pełna gama zaskakujących możliwości.

Od lat piszę swoje felietony do kręgu inżynierów. Zawsze starałem się pokazać w nich przypadki ludzi, o których można powiedzieć, że trzeba być nie tylko sprawnym inżynierem, naukowcem lub twórcą, ale również dobrym człowiekiem. Że można i trzeba otwierać nowe, nieprzetarte szlaki do prawdy i wolności. A nie tylko nawijać druty na jakieś metalowe walce, nie zastanawiając się do czego ta praca ma służyć. Ale jest jeden rodzaj inżynierii, który stale i niezmiennie budzi mój niepokój, pomimo tego, że wykonujący go ludzie to fachowcy niezwykłej klasy i na dodatek pracujący na niwie delikatnej tkanki społecznej. Mam na myśli inżynierię społeczną. Nie ma co prawda wydziałów takiej specjalności na uczelniach, ponieważ inżynieria społeczna nie jest dziedziną wiedzy – to raczej połączona i stosowana w praktyce wiedza z wielu dziedzin. No i oczywiście ciągle nie brakuje genialnych samouków i samorodnych talentów w dziedzinie inżynierii dusz ludzkich. Na dodatek z możliwością praktycznego działania.

Ale do rzeczy. Jakiś czas temu przeczytałem wywiad z profesor socjologii (nazwiska niestety nie pomnę, było to prawie dekadę temu), która przeprowadziła badania zdolności do refleksji historycznej. I co się z nich okazało? Ano, że zdecydowana większość populacji (prawie cały środek krzywej rozkładu normalnego, gdzieś pomiędzy 2σ i 3σ) nie posiada takiej zdolności wcale. Osobniki ahistoryczne nie rozumieją wcale zadawanego pytania, a na drugim krańcu krzywej rozkładu normalnego są oczywiście ci, którzy takową refleksję rozwijają. Ale obie te grupy są poza zakresem istotności statystycznej i nie mają żadnego znaczenia. Wyniki te potwierdzają nasze potoczne doświadczenia, że „historia uczy, że nikogo i niczego nie nauczyła”. I gdy takie badania czyta człowiek „normalny” to myśli sobie: „Jaka szkoda! Świat mógłby być lepszy gdyby ludzie potrafili oglądać się za siebie i wyciągać wnioski z przeszłości”. A co mówi architekt dusz ludzkich? „Super! Budujmy z tej gliny. Ta masa da się urobić w cokolwiek będziemy chcieli”.

Kilka dni temu zupełnie przypadkiem (chociaż kto wie czy to przypadek, czy ja tego po prostu szukałem) trafiła mi do rąk ksiązka Clive Staples Lewis’a „Diabelski toast”. Sam autor to niezwykle ciekawa i barwna postać. W swoim czasie laureat nagrody dla najlepszego studenta Anglii, pisarz, krytyk literatury, a prywatnie ateista nawrócony z biegiem lat na chrześcijaństwo. Najbardziej chyba znany jest jako autor słynnych „Opowieści z Narni”. Człowiek niezwykle przenikliwy w sprawach społecznych. „Diabelski toast” to zbiór krótkich felietonów w prasie, odczytów lub kazań głoszonych przez niego. Tytułowy „Diabelski toast” to proroczy opis skutków, do których może prowadzić poprawność polityczna w demokracji (a pisze to na długo przed tym zanim takie zjawisko zaczęło dominować w sferze publicznej). Ale mnie zainteresował szczególnie odczyt „Wewnętrzny krąg”, który wygłosił w King’s College w roku 1944. Gdy czytałem ten tekst wiele lat temu nie wzbudził mego większego zainteresowania. Przeczytany dziś był dla mnie poznawczym szokiem.

Swój odczyt Levis rozpoczyna cytatem z „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja, gdzie młody porucznik Borys Dubrecki odkrywa, że w armii carskiej poza oficjalnym systemem hierarchii stopni wojskowych obowiązuje inny, nieformalny. To przynależność do kręgu sprawia, że kapitan może upokorzyć generała (który nie jest członkiem kręgu) w obecności porucznika i może to zrobić bez żadnych konsekwencji wymaganych regulaminem wojskowym. Młody porucznik postanawia kierować się tym drugim, nieformalnym kodeksem. Chce być członkiem tego kręgu, jest to dla niego ważniejsze niż miejsce w hierarchii wojskowej.
Przynależność do wewnętrznego kręgu daje poczucie bezpieczeństwa. W kręgu jego uczestnicy mówią do siebie „my”. I nie jest istotne czy jest to krąg oficerów, mieszkańców akademika czy też dzieci w przedszkolu. Mechanizm jest dokładnie ten sam. Mechanizm odrzucenia, wykluczenia i pozostawania poza kręgiem jest boleśnie nieznośny dla wszystkich, którzy pragną w nim być. Członkowie wewnętrznego kręgu określają siebie jako „jedynych rozsądnych ludzi, którzy się tu znajdują”. Wszyscy spoza kręgu to „oni”, „banda”, „Bill i jego ludzie”. Natomiast bycie w wewnętrznym kręgu to również zaspakajanie własnego snobizmu. Świadomość, że jest się przyjętym do kręgu osób wykształconych pomimo, że z trudem przepchnęło się przez zawodówkę jest niewątpliwie miłym uczuciem zaspokajającym próżność.

I teraz dwie refleksje. Najpierw moja osobista. Pomyślałem sobie, że Levis opisuje ciekawy mechanizm funkcjonowania jednostki w grupie. I gdy tak tkwiłem w tym uznaniu dla jego pracy w pewnym momencie pomyślałem sobie co by to było gdyby przeczytał ją architekt społeczny. Pewnie by wykrzyknął: „Eureka! Słuchajcie, Levis opisuje super mechanizm identyfikacji jednostki w grupie społecznej. Bardzo silny emocjonalnie. Warto nad tym popracować z naszymi obiektami”. I to jest ta druga refleksja widziana oczami demiurga społecznego. Refleksja budząca niepokój.

Kilkanaście lat później po tym odczycie Levis’a o podobnym zjawisku pisał Cyril Northcote Parkinson w słynnej humorystycznej książce „Prawo Parkinsona”. Autor prezentuje w niej, jak najważniejsze decyzje w gabinecie Jej Królewskiej Mości zapadały nie w instytucjach urzędowo do tego powołanych, ale w nieformalnych kilkuosobowych kręgach. Kręgi te stopniowo powiększały swoją liczebność tracąc na znaczeniu, podczas gdy z nich wydzielały się ponownie nowe, małe nieformalne kręgi decyzyjne, do których przynależność budziła pożądanie. I tak w nieskończoność. W podobnym tonie pisze również Orwell w swoim „Roku 1984”. Tam są również wewnętrzne kręgi. Sterowane. No i nie ma tam żadnego humoru.

Wyżej wymienieni autorzy podają przykłady szkodliwości społecznej istnienia ezoterycznych, tajnych kręgów wewnętrznych, do których przynależność oparta jest o złe emocje. Jak pisze Levis, przynależność do tych kręgów nie daje spełnienia. Wchodzący do takiego kręgu miał uprzednio wrażenie, że przynależąc do niego będzie się czuł jakby złapał Pana Boga z nogi. A tu się okazuje, że pod tym kręgiem jest jeszcze inny. Jeszcze bardziej pożądany. Potem jeszcze inny i jeszcze inny. Próżnia wciągnie i nie będzie siły aby jej się oprzeć…

Dopóki jednak to wszystko oparte jest na procesie wolnych wyborów jednostek nie budzi to mojego większego niepokoju. Bo dla równowagi dla kręgów zła będą powstawać wewnętrzne kręgi oparte o formę przyjaźni, nie zamykające się na innych. Jedni pójdą na zatracenie – inni będą tworzyć nowe jakości. Zakładając, że wolne wybory jednostki to proces błądzenia w labiryncie życia, wynik badanych cech społecznych powinien być obrazowany przez krzywą rozkładu normalnego. Gorzej gdy za wzbudzanie emocji wezmą się architekci duszy ludzkiej. Gdy wzbudzą głównie w tej najbardziej błądzącej części takie emocje i pożądania, które wcisną ją w wyimaginowany wewnętrzny krąg, „Ósmy Krąg, w którym nie ma już nic”. Wtedy może okazać się, że rozkład cech zmienił się z ładnej krzywej dzwonowej na taką krzywą gdzie prawie cała populacja jest skupiona na jednej flance. Dlatego mimo całej (zasłużonej) nieufności do słupków badań opinii społecznej przyglądam się im uważnie. Czy aby nie ruszył już jakiś nowy projekt budowniczych świadomości. Warczeć, szczekać czy może już ujadać?

 
 
 
Copyright © 2007 Stowarzyszenie Elektryków Polskich Oddział Białostocki
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Design by MedLAN & pixelpin.com